fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

18.7 C
Warszawa
czwartek, 23 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Od JFK do prezydenta Bidena – jak zmieniła się Katolicka Prezydencja

Nauka społeczna Kościoła powinna dać amerykańskim katolikom siłę do myślenia poza schematami i tchnąć nowe życie w amerykańską politykę.

Warto przeczytać

Rozłam związany z osobą Joe Bidena, wśród amerykańskich wyborców katolickich pokazuje, że ich dawna solidarność została utracona.

Kiedy w 1960 roku w Stanach Zjednoczonych wybrano Johna F. Kennedy’ego na pierwszego, rzymskokatolickiego prezydenta, mój ojciec miał 12 lat. Tygodnie przed wyborami spędził dzwoniąc na przypadkowe numery z lokalnej książki telefonicznej. Podszywał się pod ankietera. Następnie, gdy ludzie dali się już nabrać, pytał ich, czy obawiają się, że JFK zdradzi papieżowi tajemnice bezpieczeństwa narodowego.

Kilka tygodni później 80% katolickich wyborców, oddało swoje głosy na Kennedy’ego. Wynik Joe Biden’a, drugiego katolickiego prezydenta, nie był nawet zbliżony do tej liczby.

Przed rządami Kennedy’ego, katolicy nie głosowali tak monolitycznie. To prawda, że w 1936 roku, FDR zrównał się z JFK, pod względem udziału liczby głosów katolików. Tę anomalię tłumaczy się jego przytłaczającym zwycięstwem (ponad 60% głosów) oraz „demagogicznym” przemówieniem do „etnicznych klas pracujących”.

Oto bardziej typowy przykład: Kampanie Eisenhowera w 1952 i 1956 roku, pozwoliły mu zdobyć, odpowiednio 46 i 52% głosów katolików – według danych zebranych przez Centrum Badań Stosowanych Apostolatu (Center for Applied Research in the Apostolate). Oznacza to, że poparcie katolików wyniosło około połowę.

Kolejne wybory po Kennedym (i Johnsonie) przyniosły podobne rezultaty. Reagan był najbliżej powtórzenia sukcesu Kennedy’ego. W 1984 roku, otrzymał on 58% głosów katolików. Nawet katolicki John Kerry uzyskał tylko 52%. W 2020 roku, katoliccy wyborcy dostali kolejną szansę oddania głosu na członka własnego Kościoła. Ale katolicyzm Bidena, podobnie jak Kerry’ego (w przeciwieństwie do JFK) nie zdołał poprawić ich wyników. Biden i Trump podzielili się głosami katolików w stosunku 51 do 49. Dlaczego? Co się zmieniło między rokiem 1960 a 2020 (lub 2004)? Możliwe są dwie odpowiedzi, które w istocie będą takie same…

Po pierwsze, polityka stała się religią Ameryki. Wiele napisano na ten temat, ale warto zauważyć, że w 1958 roku, prawie trzy czwarte ankietowanych nie dbało o to, do której partii politycznej należał przyszły małżonek ich córki. Do 2016 roku liczba ta spadła do 45%. Mniej więcej w tym samym czasie odsetek małżeństw międzywyznaniowych potroił się. Po drugie, katolicy utracili charakterystyczną tożsamość, która pomagała im oprzeć się pokusie podporządkowania wiary polityce.

Dorastałem w pobliżu Pittsburgha, gdzie „katolik” był niemal synonimem imigrantów z klasy robotniczej, którzy pomimo biedy budowali okazałe kościoły, zwierali szeregi przeciwko religijnej bigoterii i ugruntowywali swoją tożsamość w wierze. Teraz już tak nie jest. Jak pisze katolicki dziennikarz Ross Douthat, ich „katolicka wyjątkowość… rozpłynęła się w pozbawionej wyjątkowości amerykańskości”. Kiedy Włosi i Polacy przeszli z marginesu do powszechnej akceptacji w Ameryce, zostali pochłonięci przez wszechobecne podziały.

Czasy, kiedy uważano, że Jan XXIII może skłonić Kennedy’ego do oddania kodów nuklearnych, były prostsze. Wtedy katolicy kochali papieża, a protestanci byli wobec niego ostrożni. Jednak w XX-wiecznej Ameryce, czyjaś opinia o człowieku w Watykanie jest o wiele mniej pewnym wskaźnikiem religijności. Pozbawieni wiary postępowcy przyklaskują, gdy papież Franciszek krytykuje kapitalizm, a prawicowy katolicki teoretyk spiskowy John Zmirak przekonuje swoich czytelników, że papież Franciszek jest komunistą. Teraz, konserwatywni katolicy mają więcej wspólnego z konserwatywnymi ewangelikami niż ze swoimi liberalnymi współwyznawcami. Uzasadnia to, dlaczego „głos katolików” nie istnieje już w żadnym znaczącym sensie. Natomiast nie wyjaśnia, dlaczego katolicy podzielili się tak samo równo, pomiędzy Adlai Stevensona i Ike’a, jak pomiędzy Trumpa i Hillary.

Odpowiedzią na to pytanie może być niedawny artykuł w New York Times. Autorka, Elizabeth Bruenig argumentuje, że dawna grupa katolickich wyborców odrzuciła wiele z niepisanych założeń, które łączyły amerykańską prawicę i lewicę. Niektórzy katolicy głosowali na jedną partię, inni na drugą. Jednak z powodu głębokich korzeni ich Kościoła w okresie przedoświeceniowym, nigdy nie czuli się w żadnej z nich jak w domu. Po pierwsze – byli katolikami, a dopiero na drugim miejscu – Demokratami lub Republikanami. To właśnie dlatego, głosy katolików przechyliły się o 28 punktów, gdy pojawił się Kennedy.

Ani Biden, ani Kennedy nie przedstawili katolickiej wizji politycznej, która wykraczałaby poza amerykańskie partyjniactwo. Obaj byli typowymi dla swoich czasów demokratami, ale Kennedy miał podwójną przewagę – nie musiał brać udziału w spornej debacie na temat aborcji i korzystał z wciąż żywego poczucia katolickiej solidarności. Innymi słowy, katoliccy wyborcy w latach 50. podzielili się swoimi głosami, ponieważ nie pasowali do amerykańskiego systemu dwupartyjnego. Katoliccy wyborcy w 2020 roku podzielili swoje głosy, ponieważ zbyt dobrze wpasowali się w ten system. Rezultat może być taki sam, ale powód ma duże znaczenie.

Wszyscy powinniśmy być zaniepokojeni tym, jak sprowadziliśmy każdy aspekt życia do „partyzantki politycznej”. Nauka społeczna Kościoła powinna dać amerykańskim katolikom siłę do myślenia poza schematami i tchnąć nowe życie w amerykańską politykę. Katolicy mają okazję połączyć antykapitalizm z antymarksizmem, troskę o imigrantów i uchodźców z odrzuceniem powierzchownej wielokulturowości, aktywizm klimatyczny z pogardą dla eugeniki, w którą ten ruch tak często się przeradza. Program Amerykańskiej Partii Solidarności przedstawia właśnie takie założenia.

Nie twierdzę, że cieszyłbym się, gdyby 80% katolików głosowało na Bidena. Jednak fakt, że tak się nie stało, świadczy o tym, że katolicka solidarność została zatracona, a wraz z nią jakakolwiek szansa na jednoznacznie katolicką wizję amerykańskiej polityki. Kolejna bryła partykularyzmu roztopiła się w amerykańskim tyglu, przez co wszyscy jesteśmy ubożsi.

Autor: GRAYSON QUAY

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię