fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

14.3 C
Warszawa
wtorek, 27 lutego, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Francuska nauka w służbie Chin

Pekin korzysta z doświadczeń zachodnich naukowców. Jednak bliskość chińskich badań cywilnych i wojskowych może niepokoić. Zwłaszcza, że jest to polityka przyjęta i wzmocniona przez Xi Jinpinga, który uczynił z niej „strategię narodową”.

Warto przeczytać

Państwo Środka ma duże ambicje by stać się supermocarstwem naukowym. Jednak eksperci martwią się o współpracę naukową z chińskimi uniwersytetami. Jest ona bowiem coraz bardziej zaangażowana w system innowacji, który ma wspomóc Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą (PLA). To zgodne z polityką Chin, gdyż już w 2015 roku ich przywódca Xi Jinping, postawił sobie za cel nadrobić zaległości technologiczne PLA i uczynić z niej „armię światowej klasy” już na stulecie Chińskiej Republiki Ludowej, w 2049 roku. 

Współpraca naukowa między Francją a Chinami się jednak zacieśnia, mimo że pojawiają się głosy ostrzegające przed niebezpieczeństwami i konsekwencjami, które się z tym wiążą.

Laser dla Chin

W styczniu 2020 roku do Pekinu dotarł jeden z najwybitniejszych francuskich naukowców – Gérard Mourou. Ten wybrany do Chińskiej Akademii Nauk profesor École Polytechnique i laureat Nagrody Nobla w 2018 roku w dziedzinie fizyki za pracę nad laserami, został przyjęty z wielką pompą. Był głównym gościem sympozjum, w którym wzięło udział grono międzynarodowych ekspertów zgromadzonych wokół premiera Li Keqianga. Wśród nich znalazł się m.in. Dan Shechtman – laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii w 2011 roku. 

Przyjazd Gérarda Mourou do Chin był poprzedzony wcześniejszą wizytą prezydenta Francji. Emmanuel Macron dwa miesiące wcześniej podpisał z chińskim przywódcą Xi Jinpingiem, strategiczną umowę o współpracy w dziedzinie fizyki między Uniwersytetem Pekińskim, Thalesem i Polytechnique. Następstwem porozumienia między głowami obu państw było dotarcie na Uniwersytet Pekiński (Beijing daxué”, w skrócie „Beida”), w czerwcu 2020 roku. „dużej maszyny o długości 20 metrów i szerokości 8 metrów”, przeznaczonej do badań podstawowych w „leczeniu nowotworów zlokalizowanych”. Tak opisał przysłany przez Francję laser, dyrektor ds. Rozwiązań Laserowych w Thales, Franck Leibreich. Z wcześniejszego komunikatu dotyczącego całego projektu można było się dowiedzieć, że chodzi o wyposażenie Beidy w system laserowy o bardzo dużej mocy, pozwalający „przyspieszyć dalsze prace w dziedzinie przyspieszania cząstek”.

W założeniu, ten francusko-chiński projekt badawczy miał mieć charakter ściśle cywilny. Dostarczone technologie i lasery nie były przeznaczone do celów wojskowych, dlatego też udzielono zezwolenia na eksport.

Nie jest to wszystko jednak oczywiste. W zamieszczonym przez francuskiego Ministra Obrony, Florence Parly, komunikacie prasowym gratulującym Gérardowi Mourou nagrody Nobla, przypomniano, że „Dyrekcja Generalna ds. Uzbrojenia [DGA] przez wiele lat utrzymywała bliskie kontakty z (jego) laboratorium, którego praca może ostatecznie mieć zastosowania obronne: polowanie na śmieci kosmiczne, odkażanie, czy jako broń laserowa”.

Także dla wojska

Współpraca z Beidą nabiera kształtu, ale eksperci martwią się o kooperację naukową z chińskimi uniwersytetami. Coraz bardziej jest ona bowiem skupiona na współpracy z wojskiem i na tworzeniu systemu innowacji dla chińskiej armii. Bliskość czy powiązanie badań cywilnych i wojskowych nie jest tu niczym nowym. Taką politykę i strategię przyjął obecny przywódca Chin już w 2015 roku. Planuje on uczynić z PLA „armię światowej klasy” nadrabiając zaległości technologiczne. 

Problem ten poruszyła już w czerwcu 2020 roku ambasada francuska w Chinach. W swoim piśmie zatytułowanym „Francusko-chińska współpraca naukowa i akademicka poddana próbie nowej narodowej strategii „integracji cywilno-wojskowej”, zachęcała do powtórnego rozpatrzenia sytuacji, zwłaszcza francuskie instytucje, które podpisały umowy z piętnastoma chińskimi uniwersytetami związanymi z kompleksem wojskowo-przemysłowym. A to tylko wierzchołek „góry lodowej”. W przypadku wielu chińskich instytucji cywilnych, innowacje dla wojska stanowią coraz częściej podstawę ich celów badawczych. Jedną z nich jest właśnie Beida. 

Międzynarodowa współpraca dotyczy głównie matematyki podstawowej i stosowanej oraz fotoniki – gałęzi fizyki obejmującej badanie laserów. Polytechnique i Thales dołączyły do innych francuskich partnerów, w tym CNRS, Institut Mines-Télécom (IMT), National Institute for Research in Computer Science and Automation (Inria) itp. Jednak Centrum Fizyki i Technologii Stosowanej na Uniwersytecie w Pekinie, specjalizujące się w laserach dla fizyki atomowej, utworzone w 2007 roku wspólnie z chińskim programem broni jądrowej, publicznie podkreśla, że musi wybrać „ścieżkę fuzji cywilno-wojskowej”. Nie ukrywa nawet, że „służy chińskiej obronie narodowej” i jej kierownictwu. 

Gdy chodzi o szpiegostwo

Przed chińskim szpiegostwem ostrzega już od 2018 roku Australijski Instytut Strategii Politycznej (Aspi). Raporty ich badacza Alexa Joskego ujawniają, że Chiny chętnie oddają wyniki badań cywilnych i efekty międzynarodowej współpracy naukowej swojej armii. Najczęściej jest to kwestia legalnej optymalizacji transferu technologii. Jednak czasem w grę wchodzi właśnie szpiegostwo. Australijski ekspert zidentyfikował, aż dwadzieścia takich przypadków. W 2020 roku, administracja Trumpa ogłosiła, że zakazuje studentom i badaczom z uniwersytetów stowarzyszonych z chińską armią wstępu na terytorium Stanów Zjednoczonych. Dodano też kilka z nich do listy podmiotów zagrażających bezpieczeństwu narodowemu USA. Spotkało się to z krytyką zwolenników współpracy naukowej z Chinami, na amerykańskich uniwersytetach. Posunięcie Trumpa uznano za „rasistowskie”, „antychińskie” lub „makkartystyczne”.

Antoine Bondaz z niezależnego think tanku Foundation for Strategic Research (FRS) uważa, że pośrednia współpraca francuskich badaczy z Armią Ludowo-Wyzwoleńczą stanowi ogromną lukę, jeśli chodzi o zabezpieczenia. I przyznaje, że Francja pozostaje w tyle, gdyż „do niedawna nikogo to nie obchodziło”, ale ostrzega też, że „to wybuchnie nam w twarz”. Na dodatek, niektóre instytucje, z którymi współpracuje Francja, zostały oznaczone przez Stany Zjednoczone jako podmioty ryzyka. To np. Harbin Institute of Technology (HIT) czy Harbin University of Engineering (HEU).

Brak równowagi

Powstaje pytanie, jak można było tworzyć tak wrażliwe partnerstwo bez żadnej wcześniejszej kontroli? „Każdy rektor uczelni, który chce, może pojechać na przejażdżkę po Chinach”, tłumaczy ekonomista Bernard Belloc, jeden z najlepszych specjalistów od bilateralnej współpracy naukowej. Ten profesor z Uniwersytetu Toulouse-Capitole, doradca naukowy ambasady w Pekinie w latach 2000, ówczesny doradca Nicolasa Sarkozy’ego, żartobliwie podsumowuje sytuację: „Pomogliśmy Chinom wystartować, a teraz obserwujemy start rakiety”. Równocześnie uświadamia, że „współpraca francuska z Chinami nadal przebiega tak, jakby Chiny były krajem rozwijającym się, do którego wnosimy nasze know-how. Jednak w ciągu dwóch dekad równowaga sił uległa dramatycznemu odwróceniu. Nie jesteśmy na równych prawach” – ostrzega. Spowodowane jest to tym i tym bardziej skomplikowane, że rektor chińskiego uniwersytetu, to ktoś stojący bardzo wysoko w hierarchii partyjnej, podczas gdy rektorzy francuskich uniwersytetów nie są nawet na poziomie kadry Komunistycznej Partii Chin. 

Przestało być bezpiecznie

Laurent Grosclaude sam „zbadał Chiny”, aby zawrzeć odpowiednie porozumienia. Ten były wiceprezes odpowiedzialny za stosunki międzynarodowe, wykładowca prawa na Uniwersytecie w Tuluzie-Capitole, martwi się, że w sprawach związanych ze współpracą z Państwem Środka nie raportuje się ani do Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego i Badań, ani do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W 2012 roku, by rekrutować chińskich doktorantów, podpisał on partnerstwo z China Scholarship Council. Ta wysłała setki „dobrze wyselekcjonowanych” stypendystów do Tuluzy. CSC jest przy tym poważną instytucją państwową. Nie ma nic wspólnego z małymi agencjami sektora prywatnego, w typie tych, które były zamieszane w ujawnioną w 2009 roku aferę fałszowania dyplomów z Tulonu.

Jednak napływ chińskich doktorantów niesie ze sobą ryzyko dla Tuluzy, wiodącej prym w strategicznych sektorach lotnictwa i kosmonautyki. Uniwersytet twierdzi, że w momencie zawierania porozumienia nie otrzymują żadnego ostrzeżenia ze strony MSW. Teoretycznie za te kwestie odpowiada, powołany na uczelni, Urzędnik ds. Bezpieczeństwa obronnego [FSD]. Jednak najczęściej jest to tylko pracownik służb, który nie został do tego nawet przeszkolony. A chociaż zespół Laurenta Grosclaude jest czujny, to jego możliwości i zasoby są ograniczone. Pierwsze problemy wystąpiły już w 2014 roku, niemal od razu po podpisaniu umowy z CSC. Uczelnia przyjęła chińską doktorantkę, której CV wskazywało, że studiowała na uczelni wojskowej. FSD musiał zawetować wtedy jej dostęp do laboratorium robotyki, gdzie chciała pracować. Jego część jest bowiem zaklasyfikowana jako obszar zastrzeżony. 

Ostrożność przede wszystkim

W tym momencie Laurent Grosclaude zdał sobie sprawę, że kontrola oparta na CV nie zawsze zdaje egzamin. Łatwo się wtedy prześlizgnąć. Tym bardziej, że Chińczycy stosują specjalne metody „uwodzenia”. „Oni mają szczególną sztukę schlebiania naszemu ego” – przyznaje Grosclaude. Nierzadko wystarczy bilet w klasie biznes, pobyt w luksusowym hotelu czy zwiedzanie kraju, który inwestuje w naukę i szanuje ją, by oczarować francuskich, zazwyczaj niezbyt majętnych, naukowców. „Czasami Mercedes odbierał mnie z hotelu, aby zabrać mnie na spotkanie z rektorem uniwersytetu. A ten sprawiał wrażenie ministra” – wspomina Grosclaude.

Wiadomo już, że Uniwersytet w Tuluzie zawarł kilka umów z instytucjami wysokiego ryzyka, zgodnie z rankingiem opracowanym przez Aspi. Wystarczy wymienić powiązany z chińskimi służbami bezpieczeństwa Uniwersytet Stosunków Międzynarodowych w Pekinie; Wojskowy Uniwersytet Medyczny czy będący placówką cywilną Uniwersytet w Syczuanie, ale według Amerykanów, powiązany z chińskim wojskowym programem nuklearnym i z wojskowymi służbami wywiadu elektromagnetycznego.

Laurent Grosclaude nie żałuje jednak podjętych niegdyś działań. „Nie wstydzę się tego, co zapoczątkowaliśmy dziesięć lat temu w Tuluzie” – twierdzi. Przypomina, że w tamtym czasie chińska militaryzacja nie była jeszcze tak zaawansowana. Jednak obecnie alarmuje: „Musimy dokręcić śruby”.

„1000 talentów”.

Chiny potrafią ściągać zachodnich naukowców. Od połowy 2010 roku kuszą ich programami rekrutacyjnymi. Najsłynniejszy z nich nosi nazwę „1000 talentów”. Został pierwotnie uruchomiony w 2008 roku i początkowo miał służyć repatriacji wygnanych chińskich naukowców. Z czasem zaczęto celować w „zagranicznych ekspertów”, szczególnie tych działających w dziedzinach interesujących wojsko. Nie rekrutowano jednak badaczy bezpośrednio specjalizujących się w technologiach wojskowych. Obawiano się bowiem silnej reakcji państw zachodnich. „1000 talentów” i inne podobne programy koncentrują się na „podwójnych technologiach” lub tych podstawowych badaniach cywilnych, które pośrednio mogą zasilać badania wojskowe. Program jest nadzorowany przez instytucje związane ze służbami bezpieczeństwa i chińskim kompleksem wojskowo-przemysłowym.

Lista „zaangażowanych” zachodnich uczonych, jest tajna. Niektórzy badacze lub uczelnie nie ukrywają jednak faktu uczestnictwa w chińskich programach. Jak oszacowały amerykańskie służby, w 2018 roku – „1000 talentów” wciągnęło do współpracy ponad 2600 naukowców z całego świata. Zajęło się tym 600 „stacji rekrutujących” zlokalizowanych na całym globie i powiązanych z United Front, tworzącym sieć zagranicznych wpływów politycznych Komunistycznej Partii Chin. Władze amerykańskie już w 2018 roku zakazały podobnych rekrutacji, w niektórych strategicznych sektorach, takich jak np. energia. Wszczęto postępowanie sądowe przeciwko kilku naukowcom, którzy nie dostosowali się do tych zasad. Jedni z nich oskarżeni zostali o szpiegostwo, inni o niepoinformowanie swoich instytucji o lukratywnym kontrakcie i działaniu na dwie strony. W styczniu 2020 roku, Charles Lieber, znakomity chemik z Harvardu, został aresztowany przez FBI, gdyż nie poinformował on swoich przełożonych ani władz o fakcie pracy w latach 2012 – 2017 dla uniwersytetu w Wuhan. Za swoje zaangażowanie otrzymywał od Chińczyków 50 tys. dolarów miesięcznie, podczas gdy nadal był zatrudniony na Harvardzie. 

Brak reakcji

Notatka ambasady francuskiej w Chinach z października 2019 roku, w której poruszono kwestię badań francuskich, nie wywoła odzewu. To niepokojące, ponieważ autorzy tego pisma twierdzili, że zidentyfikowali dwudziestu francuskich naukowców zwerbowanych przez „1000 talentów”, z których ośmiu „jednocześnie nadal zajmuje stałe stanowisko w macierzystej uczelni we Francji”. Kilku następnych wykrył „Le Point”, korzystając z Google. Aspi szacuje, że dotychczas przy chińskich badaniach mogło zostać zatrudnionych nawet tysiąc francuskich ekspertów. „Należy pamiętać, że niektórzy zwerbowani mogą przekazywać szczególnie wrażliwe informacje” – ostrzegają autorzy wspomnianej już notatki. Część badaczy zatrudnionych w ramach chińskich programów, działa jawnie. Jednak nie wszyscy. Może to rodzić problemy i wątpliwości związane z kumulacją wynagrodzeń i transferów technologii. Niestety, kolegium etyki przy Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego i Badań potwierdza, że nigdy nie rozpatrzyło tej kwestii.

Większy wpływ Chin na uczelniach

Program „1000 talentów” umożliwił Chińczykom rekrutację wybitnych uczonych, zwiększając tym samym wpływ Chin na francuskich uniwersytetach. Wystarczy tylko wymienić immunologów: Bernarda Malissena w Marsylii czy Dominique Ferrandon w Strasburgu. Inny badacz – Jules Hoffmann, otworzył francusko-chiński instytut swojego imienia na Uniwersytecie Medycznym w Kantonie w 2013 roku. Cztery lata później, we współpracy z firmą z Hongkongu, uruchomił program Hoffmann Infinitus, którego celem jest studiowanie tradycyjnej medycyny chińskiej. 

Chiński sektor prywatny również otwiera swoje podwoje dla francuskiej śmietanki naukowej. W październiku 2020 roku, Jacques Biot, były prezes Polytechnique, został mianowany prezesem zarządu Huawei France. Trzeba pamiętać, że australijskie służby bezpieczeństwa wykryły fakt wykorzystania przez chińczyków produktów tej firmy, do prowadzenia działalności szpiegowskiej.

Uświadamiać o zagrożeniach

Na brak świadomości ryzyka narzeka Antoine Bondaz. Wymogi i ograniczenia związane z bezpieczeństwem wewnętrznym naukowcy często postrzegają jako przeszkody dla wolności badań. Rzadko jednak orientują się oni w chińskich zamiarach i działaniach. „Władze publiczne muszą ich uwrażliwić, wzmocnić ramy prawne i ogłosić, że ci, którzy je naruszają, narażają się na ściganie” – radzi Bondaz. Uważa przy tym, że kompetentne służby nie mają wystarczającego wsparcia, aby podjąć ten temat. Ani osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo wewnętrzne, ani Generalna Dyrekcja Bezpieczeństwa Zewnętrznego (DGSE) nie posiadają dostatecznego wglądu we wszystko, co się dzieje. Bondaz uważa, że takie badania musi rozpocząć Sekretariat Generalny ds. Obrony i Bezpieczeństwa Narodowego, Ale nie robi tego. 

Jednak Ministerstwo Obrony stara się edukować firmy i naukowców. Start-up IC-Consulting promuje koncepcję „poufnej innowacji”. Chce uświadomić naukowcom potrzebę ochrony badań i ich powiązań z wrażliwymi aplikacjami. Nie jest to bowiem dla nich oczywiste. „Kiedy mówimy o poufnych innowacjach w środowisku akademickim, to jakby kura odkryła nóż” – mówi Benoit Wintrebert, jeden z dwóch współzałożycieli IC-Consulting. Na dodatek, kontrole koncentrują się zazwyczaj na „dojrzałych technologiach” i na wybranych konkretnych innowacjach. Zapomina się natomiast o „ukrytych technologiach”. To są dokładnie te, o które zabiegają Chińczycy. Zmiany w świadomości są więc konieczne, choćby miały okazać się bolesne. Umożliwią one bowiem jasną i uczciwą współpracę, w przeciwnym razie, wiele produktów trafi w ręce zagranicznej konkurencji.

Podobnie jak wielu innych specjalistówi, Bernard Belloc, były doradca Elysee, wzywa do zmian. Dla niego tylko „dobra współpraca” może uchronić Francję przed „wpadnięciem w pułapki zastawione przez Komunistyczną Partię Chin”. Oznacza to jednak zakazanie uczelniom podejmowania samodzielnych decyzji dotyczących współpracy z Chinami. Niemcy prowadzą znacznie bardziej racjonalną współpracę z Państwem Środka. Koncentrują się przy tym na obszarach, w których są najlepsi i udostępniają wiedzę na poziomie licencji. 

Posłanka do Parlamentu Europejskiego (LREM) Nathalie Loiseau, koordynator specjalnej komisji ds. Ingerencji zagranicznej i przewodnicząca podkomisji ds. Bezpieczeństwa i obrony, uważa za niezbędne stanowienie odpowiedniego prawa na szczeblu krajowym i europejskim. Twierdzi, że na początek należy narzucić absolutną przejrzystość. Brak poinformowania o współpracy, trzeba traktować jak przestępstwo. Przede wszystkim jednak, uważa ona, że nadszedł czas, by położyć kres iluzji, że istnieje uniwersalna nauka, w której wszyscy partnerzy przestrzegają pewnych zasad. 

Oprac. na podst. https://www.lepoint.fr/monde/comment-pekin-profite-de-nos-chercheurs-19-03-2021-2418494_24.php

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię
<