fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

6.2 C
Warszawa
poniedziałek, 4 marca, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Wojna idei konserwatywnych z „wielokulturowcami”

Eugénie Bastié, dziennikarka „FigaroVox”, w swoim eseju odmalowuje panoramę współczesnego świata intelektualnego we Francji. Badania nad nim prowadziła trzy lata. Autorka konstatuje, że dyskurs dotyczący feminizmu tylko się zaostrzył, podobnie jak i walka na argumenty pomiędzy zorientowanymi „narodowościowo” historykami a bezkrytycznie otwartymi na wielokulturowe wpływy ideologami i lewackimi kronikarzami.

Warto przeczytać

To Nicolas Sarkozy zainicjował jeszcze w 2009 roku „Debatę o tożsamości narodowej”. Wsadził wówczas kij w mrowisko, wywołując publiczną debatę, która trwa do dziś. Nawet, niektórzy ówcześni członkowie rządu, wywodzący się z szeregów lewicy byli zaskoczeni i zdumieni siłą fermentu, który wytworzył, dając o sobie sobie znać przede wszystkim w mediach. W gazetach zaroiło się od polemik i petycji. Pierwsze próby debaty konserwatystów z „postępowcami” zakończyły się zwycięstwem obozu „postępowego”. Na chwilę, wszystko ucichło, ale pozostał trwały efekt: złamano we Francji tabu milczenia w wielu kwestiach światopoglądowych. 

Katolicy zabierają głos 

Przemówienia w Puy-en-Velay w 2011 roku zainicjowały ponowne włączenie katolików do dyskursu politycznego. Przywołano mocny argument „chrześcijańskiego dziedzictwa Francji”, stawiając go w centrum takich wyzwań współczesnych, którymi są islamizacja, sekularyzacja oraz dotychczasowy brak krytycyzmu, co do budowy społeczeństwa wielokulturowego. W ten sposób kwestie tożsamości narodowej Francuzów stanęły w centrum prowadzonej na nowo i z dużą siłą, debaty publicznej. Można powiedzieć, że dzięki Nicolasowi Sarkozy’emu, konserwatyści i patrioci po raz pierwszy w pełni mogli dojść do głosu. To on wywołał ten dyskurs i wkrótce okazało się, że Francja i Francuzi to nie tylko świat „postępowców”, ale także – i jak najbardziej – ludzi o konserwatywnych poglądach, przywiązanych do swojej ojczyzny i tożsamości narodowej oraz kulturowej. 

Kolejnym ważnym rokiem w tej narodowej debacie był 2013. Francuscy konserwatyści sprzeciwili się wtedy tzw. „Prawu Taubiry”, które otwierało możliwość zawierania małżeństw przez osoby tej samej płci. Sprzeciw ten był tak masowy i trwały, że ukształtował francuską prawicę na całą następną dekadę. W obliczu zepsutej ideologicznie lewicy socjalistycznej, niezdolnej do dostarczenia świeżych idei, „konserwatywne środowiska katolickie oferują obecnie więcej odpowiedzi na niepokoje współczesności niż lewica”.

Bez mediów i edukacji nie ma szans

Prawica robi jednak często ten sam błąd: lekceważy siłę mediów. Ogranicza swoje działania do sfery ekonomicznej i politycznej, porzucając tak ważne dziedziny przekazu jak edukacja, dziennikarstwo czy obecność w kulturowym przekazie. Szaleńczy atak lewackich środowisk sprawił, że środowiska prawicowe zaczynają się budzić – nie tylko we Francji, ale i w całej Europie. Chcąc wywierać realny wpływ polityczny, muszą mieć jednak swoje gazety i inne media, także lojalnych intelektualistów oraz rzetelnych naukowców. Bez tego wszystkiego, prawicy będzie trudno wygrywać wybory, bo jej przekaz nie dotrze do większości wyborców. Przykładowo: bioetyczne rozważania „postępowców” zmusiły zwolenników prawa naturalnego do myślenia i argumentowania za klasycznym podejściem do rozwoju nauk przyrodniczych. Czytelnicze triumfy zaczęli odnosić wówczas tacy pisarze z kręgu konserwatywnej prawicy jak Éric Zemmour, Philippe de Villiers i Patrick Buisson. Pojawili się także młodzi pisarze konserwatyści nowego pokolenia, m.in. François-Xavier Bellamy, socjolog i pogromca sofizmatu wielokulturowości, Mathieu Bock-Côté, czy matematyk-filozof i zarazem ekolog, Olivier Rey.

Rozwój piśmiennictwa konserwatywnego 

W tym okresie, rozwija się też eseistyka poruszająca szeroko rozumiane kwestie dotyczące konserwatyzmu i myślenia konserwatywnego – w przeciwieństwie do świata anglosaskiego we Francji przez dłuższy czas zaniedbywane. Samo określenie „konserwatyzm” bywało (i wciąż jeszcze bywa) nasączone pejoratywnym znaczeniem i niesie ze sobą swoistą, przestarzałą i trącącą myszką aurę. Bo co to jest konserwatyzm? Tego szybciej dowiemy się z blogów czy z niszowych portali internetowych, gdzie jeszcze panuje wolność słowa, a prawie nigdy z telewizyjnych kanałów informacyjnych. Te, gdy nawet czasem zaproszą dziennikarzy „reakcyjnych”, to albo starają się ich nie dopuścić do głosu, albo dziwnym trafem ich wypowiedzi nie zdobywają aprobaty – bo u kogo, wszakże mają ją zdobyć, skoro taki program odbywa się z reguły w studiu, bez udziału publiczności?

Lewactwo kulturowe na uczelniach

„Prawica jest zdumiona, gdy mówi się, że zyskała kulturową hegemonię. Ale to tylko złudzenie” – uważa historyk Patrick Boucheron. Z perspektywy takiej uczelni jak Collège de France, sprawy mogą jednak wyglądać inaczej niż w rzeczywistości. Ten lewicowy naukowiec, który na konferencji w 2015 roku potępił „godną ubolewania regresję w poglądach, która zatruwa naszą współczesność” ma dominujący wpływ w środowiskach uczelnianych, obok innego luminarza lewicy – Pierre’a Rosanvallona z François Héran, przewodniczącego „Migracji i społeczeństw”. W École Polytechnique inny jeszcze lewicowiec, filozof Michaël Foessel, gorący wielbiciel Rousseau, przejął władzę po Alainie Finkielkraut. Gdy natomiast zabrakło filozofa Pierre Manenta, konserwatywne prądy myślowe na francuskich uczelniach praktycznie są w zaniku. Z kolei prestiżowa Sorbona jest bastionem umiarkowanego kantyzmu, a pośród jej murów można znaleźć takich liberalnych filozofów jak Pierre-Henri Tavoillot. Nawet w sytuacji, gdyby prawicowi intelektualiści zaczęli przebijać się głosem w mediach, to lewactwo kulturowe nadal świetnie ma się na uniwersytetach, a nawet intensyfikuje swoje prace, radykalizuje się i ma ciągle przemożny wpływ na młodych ludzi. Na Sorbonie magisterskie studia genderowe, wręcz kwitną (od dziesięciu lat na Paris-VIII, a od 2019 na Paris-I). Popularne są także tzw. „studia postkolonialne” na EHESS i Sciences. Do francuskich uczelni już w latach 60. XX wieku przeniknęły „rewolucyjne” obsesje – wprost z amerykańskich kampusów, czyli z kraju, w którym światopogląd kształtował się w efekcie specyficznych wydarzeń kulturowych i historycznych, zupełnie inaczej niż w Europie. Bo też inne były tam problemy. Amerykańscy studenci implementują na francuskich uczelniach tzw. „dyktaturę tożsamości” i wielokulturowości, która dobra jest w realiach USA, a już niekoniecznie Europy, stojącej przed zupełnie innymi problemami i wyzwaniami niż Stany Zjednoczone. „Na uniwersytetach, zwłaszcza w dziedzinie nauk społecznych, dominacja lewicy cały czas rośnie” – zauważa politolog Dominique Reynié. 

Z lewackim prądem 

Obserwując, że w bitwie idei coraz częściej wygrywa prawica, Pierre Manent zdaje się załamywać i snuć coraz to bardziej pesymistyczne wizje przyszłych losów liberalnych prądów we Francji. „Nigdy nie było tak mało wolności intelektualnej, medialnej i akademickiej” – skarży się naukowiec. Jest mu szczególnie żal z powodu takiej sytuacji, bo tak jak nie udało mu się zrobić kariery w college’u, tak do tej kariery doszedł na uniwersytecie – na bazie liberalnych prądów i mody, które go wyniosły na szczyty. Teraz zaczyna się bać i odradza już młodszym kolegom zbytnią otwartość i szczerość, o ile nie mają ugruntowanego stanowiska, którego potrafiliby w razie czego z determinacją bronić.

Porażka lewicy u bram

Tak jak zostało wspomniane, konserwatystom udało się „przejąć pałeczkę” w debacie na tematy związane z imigracją, narodem czy kontrolą granic. Ale w dziedzinie bioetyki już nie dają rady.

Czy jest możliwe, by młody katolik, broniący prawa naturalnego i przeciwstawiający się małżeństwu wszystkich ze wszystkimi, miał szansę dostać pracę w instytucji, w której króluje krytyczna socjologia, a teorie gender podzielają nie tylko jej szefowie, ale nawet szeregowi pracownicy? Pytanie to jest z gatunku retorycznych. 

Manent przypomina: „w przeszłości dominowała lewica, ale rządziła prawica. Całe życie narodowe i życie intelektualne było bardziej zrównoważone, ponieważ władza polityczna była po prawej stronie. Teraz to wszystko się zmieniło”. 

Dziś nie ma już takiej sytuacji. Jest jeden głos większości mediów, uniwersytetu i rządu, którzy odmalowują przeciwników liberalnych idei jako niemalże dysydentów, tworząc ich wizerunek, jako osób z gruntu podejrzanych i mających złe intencje. Konserwatywna opozycja odmalowywana jest jako twór, którego należy się wstydzić, bo reprezentuje niemodne i niebezpieczne poglądy.

Intelektualista z wątpliwościami 

Lewacy pokazują obóz prawicy jako obóz śmiertelnie nudnych intelektualistów. Oderwanych od życia, składających ciągle przysięgi walki z postępem i na wzór średniowieczny, demonstrujących czystość zasad oraz zajmujących się tropieniem lewicowych „dewiantów”. Kiedy intelektualiści: Jean-François Revel i Raymond Aron wystąpili z lewicy, musieli tłumaczyć się i usprawiedliwiać, dlaczego nie są już wierni temu obozowi. Nikogo to jednak w gruncie rzeczy nie interesowało – „zdrajcy” zostali na zawsze „zdrajcami”. „Uderza mnie liczba osób pochodzących z lewicy, które są w trakcie moralnego i duchowego rozwodu ze swoim obozem” – zauważa intelektualista Jacques Julliard.

Takich intelektualistów pochodzących ze środowisk lewicowych a oskarżanych o „zdradę”, systematycznie przybywa. Chociaż nie rzucili żadną legitymacją partyjną, częściej pisują dla „Le Figaro” niż dla „Le Monde”. Jednak przecież nie cytują Maurrasa, Maistre’a czy Burke’a, ale Voltaire’a, Julesa Ferry’ego, czy Alberta Camusa. W swoich felietonach i esejach nie odwołują się do przywiązania, do ziemi ojczystej czy odwiecznego, naturalnego porządku, życia i śmierci, tylko do naukowej analizy zjawisk sekularyzacji, kształtowania się poglądów republikańskich i w ogóle ewolucji idei wolności. Nikogo więc nie zdradzili. Wykonują tylko swoją misję – bycia naukowcami, a nie ideologami.

„Ludzie Oświecenia kwestionują Oświecenie, demokraci krytykują demokrację” – podsumowała to zjawisko Élisabeth Lévy w „La Gauche contre le Réel”. Ci ludzie stojąc „po środku” stronią po prostu od populizmu liberalnej demokracji, od bezkrytycznego przyjmowania nowoczesności jako absolutnej i niepodważalnej w żadnym aspekcie wartości. „Ani Rosanvallon, ani Zemmour” nie mogą być ich hasłem” – podsumowuje Jacques Julliard. Tacy ludzie jak Régis Debray, Jean-Claude Michéa czy Jean-Pierre Chevènement, łączą krytykę rynku z krytyką kulturowego liberalizmu.

Wyrzutkowie z lewicy 

Ci „wyrzutkowie” – intelektualiści z lewicy, oskarżani są absurdalnie o „neoreakcjonizm”, co przypomina retorykę z czasów dominanty marksizmu i rosyjskiego komunizmu. Tylko dlatego, że częściej piszą w „Le Figaro” niż w „Le Monde” i nie w taki sam sposób, jak robili to wcześniej.

Socjolog Jean-Pierre Le Goff, krytyk „kulturowego lewactwa” oraz historyk Georges Bensoussan, mówią wręcz o „nowym antysemityzmie”, pod czym rozumieją oczernianie wszystkiego, co nie wpisuje się we wciąż dominujący, lewacki prąd myślowy. Feministka Élisabeth Badinter spazmuje ostrzegając o „utraconych terytoriach Republiki”, a politolog Laurent Bouvet mówi o „niepewności kulturowej”. Grzechem tych „wyklętych” jest ich uporczywe twierdzenie, że należą do intelektualnej i duchowej rodziny lewicy, ale dryfują nieco na prawo, co już dla „tolerancyjnych” lewaków jest nie do pomyślenia. „Le Figaro stał się ich organem, którym teraz wyrażają swoje myśli” – mówi Jacques Julliard. Prawicowy „Le Figaro” jest przy tym oskarżany o podejmowanie prób zaanektowania lewicowych intelektualistów. Po prostu straszne! „Wcześniej pisałem w L’Obs. Jean Daniel wpadł w szał, kiedy zacząłem pisać w Le Figaro” – mówi Pierre Nora.

Ta grupa intelektualistów wyrosłych z lewicy, ale obecnie o niezdeklarowanych do końca poglądach, określana jest raz „republikanami”, innym razem – „sekularystami”, a jeszcze innym – „uniwersalistami”. Z lewakami nie może zgodzić się przede wszystkim w kwestiach dotyczących islamu (i antysemityzmu), z interpretacją afery Creil Veil czy masakry Charlie Hebdo. Rozbieżności zarysowują się też coraz częściej w kwestiach szkolnictwa i kultury, tożsamości francuskiej z „przedmieść” i masowej imigracji z krajów arabskich. Ci „zbuntowani”, lewicowi intelektualiści nie stają już na klasycznym gruncie lewicy ani w kwestii społecznej, ani ekonomicznej, ale na szachownicy wojny kulturowej. Zmiany zachodzą więc coraz szybciej.

Oprac. na podst.: https://www.lefigaro.fr/vox/societe/guerre-des-idees-les-intellectuels-remontent-au-front-20210312

Więcej artykułów