fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

19.5 C
Warszawa
czwartek, 23 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Biden chce zniszczyć niezależność sądów

„Nigdy więcej taka propozycja nie powinna pojawić się przed wolnymi przedstawicielami wolnego narodu Ameryki” – stwierdził Senat Stanów Zjednoczonych po tym, jak w 1937 roku prezydent Franklin Delano Roosevelt chciał zwiększenia liczby sędziów Sądu Najwyższego. Dziś naśladuje go obecny przywódca USA, Joe Biden, a przyświeca mu myśl: jeśli nie mogę wygrać, zmieniam zasady gry.

Warto przeczytać

Fakt, że podczas ostatniej kampanii prezydenckiej po raz pierwszy w najnowszej historii konserwatyści uzyskali większość w Sądzie Najwyższym, wywołał w USA swoistą histerię. Po śmierci postępowej sędzi Ruth Bader Ginsburg jej miejsce zajęła katolicka i konserwatywna Amy Coney Barrett. Tym samym konserwatyści zyskali przewagę pięć do czterech, chociaż liberałowie uważają, że sześć do trzech. Tak by było, jednak niegdyś konserwatywny prezes Trybunału John Roberts konwertował na „postępowe sekciarstwo”. 

Sprawę zbada komisja 

Wielu demokratów podczas kampanii prezydenckiej domagało się od swojego kandydata, Joe Bidena, by, jeśli uzyska prezydenturę, zwiększył liczbę sędziów z 9 do 12. Pozwoliłoby to im odzyskać kontrolę w najwyższym organie sądowym w kraju. Nie umknęło to konserwatywnym przeciwnikom. Temat ten podjął podczas jednej z debat przedwyborczych prezydent Trump, jednak zapytany o to Biden milczał.  

Dość szybko po rozgoszczeniu się w Białym Domu prezydent Biden wrócił do tej sprawy, zapowiadając utworzenie specjalnej komisji, która sprawdzi, czy jest możliwość zwiększenia liczby członków w Sądzie Najwyższym. Z góry jednak wiadomo, jaka będzie jej opinia i jak będzie wyglądał raport końcowy. Badania komisji są więc fikcją. 

Gdyby taki pomysł padł z ust jakiegokolwiek republikańskiego prezydenta, media nie pozostawiłyby na nim suchej nitki.  

Wbrew demokracji 

Wydawałoby się, że problem jest błahy, jednak tylko pozornie. Liczba członków Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych nie zmieniła się nigdy, od 1869 r. Wynosiła od zawsze dziewięciu członków. Jedyny precedens dotyczy „przypadkowo” także demokratycznego postępowca, jakim był prezydent Franklin Delano Roosevelt. On także, na szczęście bezskutecznie, próbował zwiększyć liczbę sędziów Sądu Najwyższego w 1937 roku. Jego wniosek został odrzucony przez Senat stosunkiem 70 głosów przeciw 20 głosom za. W obu przypadkach – obecnie i wtedy – chodzi o uzyskanie ideologicznej kontroli nad najwyższym organem sądowym.  

Tym razem nie wygląda to tak różowo. Propozycja Roosevelta nie spotkała się z uznaniem, jednak podobna propozycja Bidena cieszy się poklaskiem demokratycznych ustawodawców i wszelkich postępowych mediów. Żaden demokrata nie odważy się też raczej nazwać rzeczy po imieniu: zamachem na demokrację. Plan Bidena naśladujący zamiary Roosevelta pokazuje, że istotą progresywizmu jest i zawsze była bezkarność.  

To zamach na sądowniczą niezawisłość  

Na reakcję republikanów nie trzeba było długo czekać. Ich przedstawiciel w Senacie, Mitch McConnell, powołując się na słowa, które padły w ubiegłym wieku w Izbie Wyższej, stwierdził, że „Komisja podjęła bezpośredni atak na niezawisłość sądowniczą tego narodu”. 

Bezkarność demokratów nie zna bowiem granic. Gdyby plan zmian w liczbie sędziów się nie powiódł, mają inny. I jest to prawdziwy „plan odnowy” w Sądzie Najwyższym. Liberalni aktywiści chcą sobie zagwarantować, że utrzymają liczbę swoich przedstawicieli w tym organie sądowym. Naciskają więc na postępowego sędziego Stephena Breyera, który w wieku 83 lat jest najstarszym sędzią Sądu Najwyższego, by ustąpił i pozwolił Bidenowi wyznaczyć jego następcę. Ryzykują bowiem, że gdyby Breyer nie przeszedł teraz na emeryturę i zmarł, gdy rządy w Białym Domu obejmie republikanin, demokraci straciliby decydujący głosu w sądzie.  

Cała rzecz świadczy tylko o tym, że postępowcy nie mają szacunku dla starszych. Do tej pory nikt nawet nie ośmielił się wymagać od sędziego przejścia na emeryturę, by go zastąpić kimś innym z tej samej frakcji politycznej. Tym bardziej to paskudne, że Breyer przez prawie trzy dekady pracy w Sądzie Najwyższym, odkąd Bill Clinton zaproponował go na to stanowisko w 1994, był zawsze lojalny wobec demokratów. Na razie obecny prezydent nie zamierza go prosić o ustąpienie, pytanie jednak, jak długo pozwoli mu pozostać na stanowisku… 

Gdy z propozycją zmian w liczbie sędziów Sądu Najwyższego wystąpił prezydent Roosevelt, Senat odrzucił jego wniosek, gdyż to „było niezbędne dla zapewnienia ciągłości naszej konstytucyjnej demokracji”. Czy aby na pewno to samo usłyszy prezydent Biden? 

Oprac. na podst.: https://www.hispanidad.com/believe-in-trump/asalto-tribunal-supremo-biden-inicia-proceso-destruir-independencia-judicial-en-estados-unidos_12025548_102.html 

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię