fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

19.5 C
Warszawa
czwartek, 23 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Socjalistyczne podłoże wysokich rachunków za prąd

Skąd się wzięły rekordowe ceny energii elektrycznej w Hiszpanii? Połowa rachunku to koszty polityczne – alarmuje „La Razón”.

Warto przeczytać

Każdy kolejny rząd w Hiszpanii próbował poprawić funkcjonowanie systemu energetycznego. Żadnemu jednak się to nie udało. Tymczasem koszty porażki każdorazowo przerzucane były na obywateli. 

Przez 20 lat hiszpańscy politycy toczyli spory i snuli plany przebudowy krajowej energetyki. Przed dwie dekady kolejne rządy albo tworzyły, albo rozmontowywały, albo odbudowywały kolejne systemy sztucznie podtrzymywane przy życiu. Teraz gdy Hiszpanię ogarnia fala upałów, a ceny energii elektrycznej są wysokie jak nigdy, obywatele muszą płacić i za wyższe ceny gazu, i za prawo do emisji dwutlenku węgla, i za polityczne spory – a te ostatnie mogą stanowić nawet połowę wartości rachunku.

Panujący w Hiszpanii rząd Pedro Sáncheza jako jedną z obietnic wyborczych – będąc jeszcze w opozycji – podał obniżenie cen prądu. Winą za podwyżki, które doprowadziły do historycznie najwyższych cen, obarczył poprzednie rządy i przygotowaną przez nich ustawę o energii elektrycznej. Głównym kozłem ofiarnym jest José María Aznar, ale tak naprawdę mógłby obwiniać również Partię Ludową czy socjalistów. Wszyscy przyłożyli się do obecnego stanu.

Ustawa o energii elektrycznej z 1997 r. miała rozpocząć nowy system liberalnej konkurencji oraz dopasowanie go do jednolitego rynku europejskiego. Ale już w 2000 r. powstał deficyt taryfowy, za który odpowiedzialność ponosił nie tyle rządzący wtedy José María Aznar, ile jego wiceprezydent do spraw gospodarczych – Rodrigo Rato. Obowiązujący wtedy dekret królewski 1432/2002 stanowił, że taryfa opłat za energię elektryczną nie może wzrosnąć bardziej niż wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI), nawet jeśli koszty wytwarzania będą wyższe. W ten sposób Hiszpanie chcieli osiągnąć wymagany przy wejściu do strefy euro poziom inflacji. Tylko że ta polityka doprowadziła do deficytu rzędu ponad 1 mld euro już w 2002 r. Wtedy Aznar faktycznie podniósł ceny energii elektrycznej o 1,5 proc. w latach 2003 i 2004.

Hiszpańska minister finansów i funkcji publicznych María Jesús Montero obwiniła z kolei za dzisiejszą sytuację Partię Ludową (PP). Powiedziała, że „czas panów Rajoya i Aznara w La Moncloa był katastrofalny dla polityki energetycznej”, ponieważ to oni „zabili promocję alternatywnych źródeł energii José Luisa Rodrígueza Zapatero”. Ale premiowanie energii odnawialnej w rzeczywistości spowodowało wzrost kosztów systemu energetycznego. W 2005 r. deficyt w energetyce wynosił już 4,5 mld euro. Ogólnie od roku 2003 do 2011 deficyt wzrósł z jednego do 26 mld.

„Ponad dwie trzecie kwot deficytu taryfowego zostało wygenerowane w oparciu o modele socjalistyczne, więc głupotą jest wzajemne obwinianie się, skoro obie strony realizowały politykę nieprzenoszenia pewnych kosztów na konsumenta” – argumentuje Pedro Mielgo, prezes NGC Partners, w wypowiedzi dla „La Razón”. „Jednym z celów reformy z 2013 r. było właśnie to, aby nie generować wzrostu dopłat, które spowodowały wzrost rachunków za prąd. Prawdą jest, że kiedy Pedro Sánchez doszedł do władzy, było to dokładnie w czasie, kiedy technologie odnawialne miały koszty inwestycyjne, które czyniły je stosunkowo konkurencyjnymi. Stawianie na nie teraz ma sens.  To, co nigdy nie miało sensu, to stawianie na drogie energie za czasów Rajoya, Zapatero czy Aznara”.

W 2013 r. jasne było, że system energetyczny jest zupełnie niewydolny, a jego deficyt sięgnął 28,7 mld euro. Mariano Rajoy musiał gruntownie zająć się zamiatanym pod dywan problemem. „Skumulowany deficyt był tej samej wielkości coroczny obrót sektora. To nie miało żadnego sensu, więc trzeba było przeprowadzić reformę” – wyjaśnia Mielgo. „Kiedy podjęto decyzję o przeprowadzeniu reformy z 2013 r., zapłacone i zobowiązane w przyszłości premie odnawialne, do których wytwórcy energii odnawialnej byli uprawnieni w ciągu 15 lub 20 lat, przekraczały 100 mld euro. To było nie do utrzymania” – dodaje prezes NGC Partners. Wspomniana reforma dążyła do zmniejszenia zadłużenia na kilka sposobów. Po pierwsze podniesiono cenę prądu dla konsumentów o 3,2 proc., zwiększając opłaty za dostęp (regulowana część taryfy, stanowiąca prawie 50 proc. rachunku) o 6,5 proc. – miało to dać 900 mln euro. Drugie 900 mln wzięto z budżetu państwa (PGE), który miał pokryć koszty energii elektrycznej dla archipelagów, Melilli i Ceuty.

Jednoczenie zatwierdzono 2,7 mld euro obniżek dla sektora energetycznego. Część (1 mld euro) dotyczyła płatności za dystrybucję prądu i zarządzanie sieciami przesyłowymi. Druga część (ponad 2,5 mld euro) dotyczyła firm z sektora energii odnawialnej, którym „rozsądną rentowność” ustawiono na 7,5 proc. na podstawie obligacji skarbowych.

W 2018 r. doszło do tego, że Rajoy chwilowo podważył jeden z filarów własnych reform. Chcąc zatrzymać wzrost cen energii, zawiesił 7-proc. podatek stosowany od 2012 r. wobec wszystkich elektrowni, co dawało wpływy budżetowe w wysokości blisko 1,7 mld euro rocznie. Można powiedzieć, że ten koszt też w jakiś sposób został przerzucony na konsumenta. Jednak podatek odwieszono w 2019 r., jednak tego lata znów go zawieszono, z tego samego powodu, co za pierwszym razem.

Przeprowadzona w 2013 r. reforma była zresztą zaskarżana przez wiele firm z sektora energii odnawialnej. Spory przed Sądem Najwyższym toczyły się do 2016 r., kiedy hiszpański Trybunał Konstytucyjny utrzymał ustawę w mocy. Zdaniem Trybunału ustawa, która mocno zmniejszyła rentowność energii odnawialnej poprzez zmniejszenie wynagrodzenia za nią, miała swoje uzasadnienie w panującym kryzysie gospodarczym. Jednocześnie w ten sposób wypełniono zobowiązania unijne, według których Hiszpania miała zmniejszyć swój deficyt w 2014 r. Sędziowie Trybunału mówili wówczas, że „kryzys spowodował nieprzewidziany spadek zapotrzebowania na energię, co w połączeniu z ogólnym wzrostem kosztów doprowadziło do zwiększenia deficytu taryfowego”. Trybunał Konstytucyjny nie dopatrzył się także sprzeczności ustawy z Traktatem Karty Energetycznej. Przez orzeczenie Trybunału możliwe było odrzucenie wniosków zaskarżających ustawę przez Sąd Najwyższy. Nie znaczy to jednak, że orzeczenie rozwiązało sprawę, ponieważ do poprzedniego roku inwestorzy wygrali łącznie 17 spraw arbitrażowych przeciwko Hiszpanii, które dotyczyły strat poniesionych w wyniku wpływu ustawy z 2013 r. na hiszpański rynek energii odnawialnej. Suma wypłaconych odszkodowań wynosi dotąd ponad miliard euro, ale Ministerstwo Przemian Ekologicznych podaje, że kolejne roszczenia opiewają na łączną kwotę 10 mld. „Było sporo sporów sądowych, ponieważ z pewnością przejściowe odszkodowania dla osób poszkodowanych mogły być zarządzane w inny sposób” – tłumaczy Pedro Mielgo.

Ta i późniejsze reformy sprawiły, że dziś w Hiszpanii na energię elektryczną składa się koszt energii, który przed wzrostem cen gazu wynosił 35 proc. Dalsze 15 proc. to przesyłanie i dystrybucja energii elektrycznej. Zatem uzasadnione jest twierdzenie, że samo wytwarzanie i dystrybucja prądu to obecnie zaledwie 50 proc. rachunku. A pozostałe 50 proc.? Z tego trochę ponad 20 proc. to podatki – to znaczy VAT i podatek od energii elektrycznej, a także dodatkowe koszty będące wynikiem polityki energetycznej państwa: dotacje na odnawialne źródła energii (18 proc.), dotacje na dodatkowe koszty przesyłania energii elektrycznej na Balearach i Wyspach Kanaryjskich (4 proc.), amortyzacja historycznych deficytów taryfowych (3 proc.) i kolejny procent pomocy (5 proc.). Podsumowując, ustawa, która miała obniżyć koszt energii elektrycznej, skutkuje dziś połową tego kosztu.

Tymczasem lewica uważa, że winne są firmy energetyczne, które nie mogą kontrolować rynku. Rozwiązanie? Utworzenie publicznej firmy energetycznej, która będzie mogła obniżyć ceny energii. Podemos przekonał socjalistów, że to realny scenariusz, który można zrealizować, gdy tylko skończą się obecne koncesje hydroelektryczne, chociaż doświadczenia innych krajów pozostawiają wiele do życzenia. „Moje wieloletnie doświadczenie w obserwowaniu firm publicznych i prywatnych mówi mi, że firma publiczna z definicji jest mniej efektywna niż prywatna. W krajach, w których przedsiębiorstwa publiczne zostały utworzone z tą samą ideą, jaką ma Podemos, czyli subsydiowania energii elektrycznej i obniżenia kosztów dla konsumentów, w przedsiębiorstwach tych wygenerowano koszty, które uczyniły je absolutnie nieopłacalnymi, a następnie musiały zostać sprywatyzowane w zły sposób, tracąc na wartości i powodując większe szkody dla konsumentów niż te, które spowodowałoby dopuszczenie do działania rynku” – wyjaśnia Pedro Mielgo.

Rząd może obniżyć ceny energii, ale żeby zrobić to skutecznie, musi przenieść polityczne koszty rachunku za energię z konsumentów na budżet. „Możne on usunąć z budżetu państwa takie koszty, jak wynagrodzenie za systemy poza penetracyjne, może to zlikwidować 5 proc. specjalnego podatku od energii elektrycznej, może obniżyć VAT z 21 do 10 lub 4 proc. i może zlikwidować 7 proc. podatek od wytwarzania energii elektrycznej. To rząd tak naprawdę ma klucze do ostatecznego kosztu energii elektrycznej, ale uzupełnianie budżetu lub zmniejszanie wpływów podatkowych może nie być politycznie interesujące lub stosowne” – podsumowuje ekspert ds. energii. Sánchez postanowił jednak sięgnąć po rozwiązania tymczasowe i do końca roku obniżyć VAT na energię elektryczną z 21 do 10 proc., a na okres letni znieść podatek od wytwarzania energii. To jednak posunięcia, które chwilowo mogą pomóc, lecz nie rozwiążą problemu.

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!