fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

16.2 C
Warszawa
niedziela, 26 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Co chciała osiągnąć Rosja, koncentrując swoje siły militarne przy granicy z Ukrainą? Analiza Instytutu Badawczego Polityki Zagranicznej

Wiosną 2021 roku wojsko rosyjskie rozpoczęło koncentrację przy granicy z Ukrainą. Rosyjska armia rozlokowała się we wszystkich regionach przygranicznych oraz na zaanektowanym w 2014 roku Krymie. Na portalach społecznościowych takich jak Twitter, Telegram, TikTok i inne pojawiło się wiele materiałów ukazujących rosyjski sprzęt militarny – artylerię, wozy bojowe piechoty, systemy obrony powietrznej, a nawet czołgi. Wszystko to transportowane było w okolice granicy z Ukrainą.

Warto przeczytać

Rzecznik amerykańskiego Departamentu Obrony John Kirby przyznał, że ilość sprzętu wojskowego przewyższała nawet tę, jaką Rosja przeniosła nad granice w najbardziej intensywnym okresie walk w roku 2014. Według szacunków ukraińskich urzędników przy granicy miało się zgromadzić 120 tys. żołnierzy i przynajmniej 56 batalionowych grup taktycznych (BTG). Urzędnicy amerykańscy podali nieco niższe rachunki, odpowiednio 80 tys. żołnierzy i 48 batalionowych grup taktycznych. Cała armia Rosji obecnie to od 850 do 900 tys. żołnierzy i 168 BTG utrzymywanych w stałej gotowości, tak przynajmniej twierdzi rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu. Oznaczałoby to, że jedna trzecia BTG oraz przynajmniej 10 proc. militarnej siły Rosji zgromadzono przy granicy z Ukrainą.

Wywołało to niepokój nie tylko Ukrainy, ale także Stanów Zjednoczonych. Przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów generał Mark Milley, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan oraz prezydent Joe Biden przeprowadzili rozmowy ze swoimi odpowiednikami w rosyjskiej administracji. Europejskie Dowództwo USA (EUCOM) ogłosiło najwyższy poziom zaalarmowania. W tym samym czasie nasiliły się walki, co najmniej 36 ukraińskich żołnierzy zginęło w tym roku. Ruchy armii spowodowały pytania o intencje po stronie rosyjskiej i obawy przed ewentualną inwazją lądową na Ukrainę. Nastroje uspokajał jednak wywiad amerykański, wskazując, że w terenach przygranicznych gromadzi się wojsko, ale nie zaobserwowano kumulacji amunicji, części zamiennych do maszyn i pojazdów, szpitali polowych i innych środków logistycznych, które były potrzebne w przypadku planowania inwazji. Także dowódca EUCOM-u generał Tod Wolters określił 15 kwietnia ryzyko inwazji Rosji na Ukrainę jako „niskie lub średnie”, odnosząc się do perspektywy najbliższych tygodni.

I rzeczywiście już 22 kwietnia minister obrony Siergiej Szojgu ogłosił, że szeroko zakrojone ćwiczeń na poligonie Opuk na Krymie oraz inne zimowe testy weryfikacyjne dla Zachodniego i Południowego Okręgu Wojskowego zakończyły się sukcesem, a zgromadzone tam wojska powrócą do swoich stałych baz. Postanowił jednak, że część sprzętu 41 Armii Połączonych Broni Centralnego Okręgu Wojskowego (między innymi wielostrzałowe systemy rakietowe BM-27 Uragan i rakietowe systemy balistyczne krótkiego zasięgu Iskander-M) pozostanie na poligonie Pogonowo w Woroneżu przy granicy z Ukrainą aż do wrześniowych ćwiczeń strategicznych Zapad 2021. Rosyjski minister nie powiedział jednak, czy wycofanie dotyczy wszystkich wojsk i całego pozostałego sprzętu (z wyjątkiem wspomnianego sprzętu 41. Armii). Nie poinformował także, jak wojsko było wykorzystywane w ćwiczeniach. Z amerykańskich danych wynikało, że dwa tygodnie później faktycznemu wycofaniu podległo tylko kilka tysięcy żołnierzy, a większość z 80 tys. wojskowych pozostała przy ukraińskiej granicy. Choć ze słów Szojgu wynikało, że do eskalacji walk w Donbasie raczej nie dojdzie, faktyczne pozostanie sporej części żołnierzy, stwarza możliwość eskalacji działań w przyszłości.

Co stało za ruchami Rosji?

Zanim Szojgu wyjaśnił przygraniczne działania, istniały trzy hipotezy dotyczące przemieszczania rosyjskiej armii. Pierwsza zakładała, że to ćwiczenia wojskowe. Druga była mniej optymistyczna i dopuszczała eskalację konfliktu rosyjsko-ukraińskiego oraz przejście wojsk Rosji za front w Donbasie czy Krymie. Trzecia hipoteza zakładała, że jest to swego rodzaju demonstracja sił, chęć wywarcia presji. W tym ostatnim przypadku wskazywano jednak na dwa różne cele. Pierwszym była Ukraina – chodziłoby więc o zastraszenie, przeciwdziałanie ewentualnej ukraińskiej ofensywie w rejonie Krymu i Donbasu poprzez udowodnienie, że Rosja może i zamierza bronić tych regionów. Tyle że Rosja miała już wystarczająco dużo wojska w tej okolicy, by powstrzymać każdy ukraiński atak. Stąd domniemania drugiego celu tego pokazu siły, którym miały być Stany Zjednoczone i NATO. Zwolenników tej teorii utwierdził w przekonaniu fakt, że zapowiedziany przez Szojgu powrót wojsk znad granicy miał mieć miejsce tydzień po rozmowie Bidena z Putinem. Nie wiadomo jednak, co mogło być przedmiotem nacisku ze strony Rosjan, jakie żądania wysunęli amerykańskiej administracji. Nie wiadomo też, jakie warunki postawił Waszyngton. Rosyjskie naciski mogą zresztą przybrać inny wymiar, od przejmowania amerykańskich samolotów i statków na wodach neutralnych po wznowienie walk w Syrii czy Libii. Jednak Putin zgodził się na zaproponowany przez Bidena szczyt, choć raczej nie on sam był celem rosyjskich nacisków. Bardziej przekonuje stwierdzenie, że rosyjski pokaz sił miał zniechęcić do ewentualnych prób przyłączenia Ukrainy do NATO, a także do dalszego sprzedawania broni Ukrainie lub nakładania sankcji na Rosję. Komunikat można zinterpretować jako zapowiedź użycia militarnej siły, jeśli antyrosyjska polityka USA i NATO będzie kontynuowana.

Czy były to ćwiczenia szkoleniowe?

Słowa rosyjskiego ministra mają swoje uzasadnienie. Faktycznie rosyjskie wojsko często prowadzi ćwiczebne manewry, szczególnie pod koniec zimy. Krym i ukraińskie pogranicze to także częsty region tych ćwiczeń. Nic w tym dziwnego, bo jest dla rosyjskiej armii niezwykle istotny, nadal zagrożony ofensywą ukraińską, która miałaby na celu odzyskanie Krymu lub Donbasu. Zatem manewry przy granicy mogą być z jednej strony świetnym szkoleniem na wypadek konieczności podjęcia faktycznych ruchów, z drugiej strony dobrym pokazem siły przestrzegającym przed wszelkimi formami militarnej agresji Ukrainę. Rosja uznaje za priorytet Zachodnie i Południowe Okręgi Wojskowe, a także Flotę Czarnomorską także przy tworzeniu nowych formacji oraz nowego zaopatrzenia. W 2016 r. powołała trzy zmotoryzowane dywizje strzeleckie wysłane w te okolice, czwarta powstaje obecnie z przekształcenia 19. i 20. brygady strzelców zmotoryzowanych. Dla sprawdzenia realnego poziomu gotowości stacjonujących tam jednostek wyżsi oficerowie często przeprowadzają szybkie inspekcje, wysyłając koleją duże ilości wojskowego personelu i sprzętu.

To powiedziawszy, trzeba zauważyć, że omawiana tu koncentracja wojsk nie była typowa dla działań ćwiczebnych. Angażowała naprawdę sporą liczbę jednostek, nie tylko z przygranicznych okręgów, ale także część 41. Armii Połączonych Centralnego Okręgu Wojskowego (elementy 74. i 35. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych, 120. Brygady Artylerii, 6. Pułku Czołgów i 119. Brygady Rakietowej), a także jednostki 76. Dywizji Powietrzno-Szturmowej i 98. Dywizji Powietrzno-Szturmowej Rosyjskich Sił Powietrzno-Desantowych (VDV), stacjonujące około 650 km od granic Ukrainy. Tak szerokie działania nie dotyczą zwykłych, często podejmowanych ćwiczeń, a jedynie corocznych ćwiczeń strategicznych. W tym roku też będą miały one miejsce – w Zapadzie w Zachodnim Okręgu Wojskowym – ale dopiero we wrześniu. Tymczasem nad granicę przeniesiono środki nie tylko lokalne, ale funkcjonujące na szczeblu ogólnokrajowym. Generał Aleksander Dwornikow, dowódca Południowego Okręgu Wojskowego Rosji, ogłosił co prawda ćwiczenia w jego okręgu, ale nie wspomniał o tym, że wezmą w nich udział jednostki z innych okręgów.

13 kwietnia minister Szojgu oznajmił, że na zachodnie granice przesunięto „dwie armie i trzy jednostki Wojsk Obrony Terytorialnej”. O tym, że były wśród nich jednostki z Centralnego Okręgu Wojskowego, powiedział dopiero po ogłoszeniu zakończenia testów.

Skalę tych manewrów obrazują skargi, jakie wpłynęły do rosyjskich urzędów, kierowane przez producentów maszyn rolniczych i dotyczące niemożliwości zaopatrywania swoich klientów z powodu zajęcia wagonów towarowych przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

Te ćwiczenia wyróżniały się także brakiem informacji dla zagranicznych attache obrony, co wcześniej było praktykowanym zwyczajem. Zresztą do informowania członków Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE) o prowadzeniu działań wojskowych Rosja jest zobowiązana Dokumentem Wiedeńskim z 2011 r. Zaniepokojona ruchami rosyjskiej armii Ukraina poprosiła o spotkanie z Rosją, ta jednak odmówiła i spotkania, i przekazania informacji co do dalszych planowanych manewrów.

Ciężko przy tym znaleźć uzasadnienie dla mobilizacji Południowego Okręgu Wojskowego, ponieważ we wrześniu przeprowadził on roczne ćwiczenia strategiczne Kaukaz 2020, kolejne ćwiczenia podejmowane po tak krótkiej przerwie raczej nie miały większego sensu. Choć przez dłuższy czas obserwowano wyraźne przemieszczanie się wojsk i sprzętu, Rosja skąpiła mediom informacji na temat tego, co się dzieje i jaki jest cel koncentracji. Wydaje się zatem, że nie były to jedynie rutynowe ćwiczenia, a próba wysłania odpowiedniego komunikatu.

Atak naziemny poza Krymem i Donbasem

Niepokojący jest scenariusz, według którego kumulacja armii przy granicy z Ukrainą była przygotowaniem do dalszej inwazji wykraczającej poza linię Donbasu i Krymu, aby zająć kolejne części Ukrainy. Gdyby Rosja miała taki zamiar, użyłaby najprawdopodobniej właśnie takiego typu jednostek, jakie brały udział w manewrach. Była to ciężka artyleria, w tym działa samobieżne 2S7M Malka 203 mm, moździerze 2S4 Tulipan 240 mm i systemy rakietowe BM-27 Uragan 220 mm (MLRS), a także wiele średnich haubic 152 mm 2S3 Akatija, 2S19 Msta-S i 2A65 Msta-B oraz termobaryczne systemy rakietowe krótkiego zasięgu TOS-1A (MLRS). Te MLRS-y i artyleria byłyby istotne przy niszczeniu ukraińskich umocnień obronnych albo wrogiej artylerii, by wesprzeć natarcie lądowe. Ciężkie pociski 2S7M, 2S4 i TOS-1A sprawdzają się dobrze przy ataku na ufortyfikowane pozycje obronne, mogące stawiać znaczący opór lekkiej, a nawet średniej artylerii. W czasie ćwiczeń używa się ich jako wsparcia czołgów i karabinów zmotoryzowanych właśnie do przełamywania obrony przeciwnika. Oprócz tego w okolicach granicy z Ukrainą zarejestrowano obecność czołgów T-72B3 z walcami i pługami przeciwminowymi, systemów przeciwminowych UR-77, pojazdów do usuwania przeszkód IMR-2M i innych systemów inżynieryjnych. To dokładnie te systemy, których należałoby użyć w ramach ataku pancernego na ukraińską defensywę.

Oprócz tego w manewrach uwzględniono systemy rakietowe krótkiego zasięgu Iskander-M. Ich oficjalny zasięg to 500 km, ale testy wykazały, że może on wynosić ponad 650 km. Były to najprawdopodobniej systemy 119. brygady rakietowej Centralnego Okręgu Wojskowego. Poligon Aszuluk w Astrachaniu już nieraz używany był do testowania tego typu systemów dalekiego zasięgu, w tym systemów obrony powietrznej Iskander-M i S-400, należy jednak wziąć pod uwagę, że nigdy nie testowano na nim systemów przynależnych innym okręgom wojskowym, zatem przesunięcie ich w pobliże granicy z Ukrainą nie wydaje się przypadkowe i czysto ćwiczebne. Co więcej, przy granicy znalazły się świetnie wyposażone formacje czołgów i strzelców zmotoryzowanych rosyjskich sił lądowych, w tym te, które dysponują czołgami T-72B3 i T-90A oraz bojowymi wozami piechoty BMP-3. Choć wiele z nich należy do 58. Armii Połączonych Sił Zbrojnych Południowego Okręgu Wojskowego, to zostały sprowadzone z Kaukazu Północnego. Oprócz tego w ćwiczeniach wzięły udział jednostki z elitarnych Sił Powietrznodesantowych Rosji (VDV), w tym z 76. Gwardyjskiej Dywizji Desantowo-Szturmowej stacjonującej w Pskowie, która w sierpniu oraz wrześniu 2014 r. zaangażowana była w ciężkie walki na terenie Donbasu. Zakłada się, że sporo sprzętu dla VDV sprowadzono na Krym od 56. Samodzielnej Brygady Desantowo-Szturmowej stacjonującej w Kamyszynie w Wołgogradzie, która wiosną miała zostać zrestrukturyzowana w pułk w ramach 7. Górskiej Dywizji Desantowo-Szturmowej i przeniesiona do Krymu (w miejsce wcześniejszego samodzielnego batalionu szturmowego).

Zmechanizowanym jednostkom szturmowym, zmotoryzowanym strzelcom i czołgom towarzyszyły krytyczne środki wsparcia, wśród nich systemy wojny elektronicznej Infauna i Borysoglebsk-2, a także systemy obrony powietrznej, w tym systemy dalekiego zasięgu S-300PM2 Favorit, systemy średniego zasięgu Buk-M2 i Buk-M3 oraz systemy krótkiego zasięgu Pancyr-S, Tunguska-M1 i Strieła-10. Tego typu systemy używane są do eskortowania rosyjskiej armii oraz zapewniania jej ochrony przed atakami ze strony lotnictwa, w tym bezzałogowych statków powietrznych, pociskami precyzyjnego rażenia oraz pociskami z systemów rakietowych wielokrotnego startu. Do mediów społecznościowych dostały się także nagrania zarejestrowane niedaleko granicy, na których widać było wysokiej klasy urządzenia łączności i dowodzenia oraz kontroli, między innymi system łączności cyfrowej P-260T Redut-2US. 

Przy granicy z Ukrainą nie zabrakło też lotnictwa należącego do Południowego Okręgu Wojskowego. Na Krymie stacjonowało pięćdziesiąt śmigłowców i samolotów bojowych. Były to śmigłowce Mi-28N, Mi-28UB, Ka-52 i Mi-8 należące prawdopodobnie do 55. i 487. pułku śmigłowców oraz 16. brygady lotnictwa wojskowego, a także myśliwce Su-30SM i Su-27, bombowce Su-24 i Su-34 oraz samoloty szturmowe Su-25SM3. Pojawił się też pierwszy rosyjski bezzałogowy samolot bojowy Orion.

Gdyby Rosja planowała zaatakować Ukrainę, nie musiałaby sprowadzać nad granicę większych ilości samolotów, ponieważ te jednostki mają zwykle duży zasięg i mogą szybko dostać się na miejsce nawet z odległych terenów. Sens miało tylko sprowadzenie na Krym samolotów o krótkim zasięgu, jak Su-25SM3, a także śmigłowców. Te ostatnie pozwoliłyby na transportowanie żołnierzy wzdłuż południowego wybrzeża Ukrainy. W ćwiczeniach na Krymie wziął udział także samolot A-50U do wczesnego ostrzegania i kontroli (AEW&C). Według rosyjskiego Ministerstwa Obrony wszystkie 50 samolotów wróciło do swoich pierwotnych baz przed 26 kwietnia.

W ćwiczeniach oczywiście brała też udział marynarka wojenna, i to w dużej reprezentacji, zwłaszcza lądowo-wodnych amfibii. Szacuje się, że było to największe zgrupowanie amfibii na Morzu Czarnym, odkąd upadł Związek Radziecki. Oprócz tego Flotylla Kaspijska wysłała piętnaście okrętów, w tym trzy kutry artyleryjskie projektu 1204 klasy Trzmiel oraz osiem jednostek desantowych (w tym wszystkie sześć jednostek desantowych klasy Serna). Floty Północna i Bałtycka wysłały po dwa duże okręty amfibijne projektu 775 klasy Ropucha, które uzupełniają siedem okrętów amfibijnych Projektu 775 i Projektu 1171 Floty Czarnomorskiej oraz kilku jednostek desantowych. Większość tych okrętów wpłynęły na Morze Czarne 17 kwietnia, pod koniec tego miesiąca rosyjska marynarka wojenna dysponowała łącznie na Morzu Czarnym jedenastoma dużymi okrętami desantowymi mogącymi transportować piechotę morską, artylerię, czołgi i różne pojazdy opancerzone. Obok nich znalazło się przeszło dwieście jednostek desantowych typu Serna, Ondatra, BK-16 lub BK-18 i liczne okręty pomocnicze. Choć najprawdopodobniej podczas ofensywy Rosja mogłaby jednocześnie zmobilizować tylko siedem lub osiem z jedenastu okrętów desantowych, możliwy byłby scenariusz zajęcia ukraińskiego wybrzeża przy użyciu szturmu amfibijnego i jednego wzmocnionego batalionu piechoty morskiej (lub VDV) wraz z obroną przeciwlotniczą i artylerią, zatem wielokrotne kursowanie dużych okrętów nie byłoby konieczne. 

Z drugiej strony operacja amfibijna nie byłaby konieczna. Tego typu manewry są dość skomplikowane i trudne, tymczasem Rosja mogłaby wybrać łatwiejsze rozwiązanie – na przykład helikopterami przetransportować kompanię szturmową albo – jeśli przerzuciłaby większe środki lotnicze w pobliże granicy – batalion, a szturm piechoty wesprzeć nalotem. Jednak taka koncentracja jednostek amfibijnych nie pozwala na ich zignorowanie, to w tej sytuacji pozostaje możliwą opcją.

Desant z powietrza też byłby możliwy, co zresztą Rosjanie zademonstrowali na poligonie Opuk 22 kwietnia, gdzie w ramach ćwiczeń zrzucono z czterdziestu samolotów transportowych Ił-76MD ponad dwa tys. spadochroniarzy i sześćdziesiąt pojazdów opancerzonych BMD-2 i BTR-D z 98 Dywizji Powietrznodesantowej Gwardii VDV.

Choć przeprowadzone manewry pokazały siłę rosyjskiej armii, należy wziąć pod uwagę, że jej przygotowanie jest procesem długotrwałym, a Rosja od dawna ustawia Południowy Okręg Wojskowy jako swój militarny priorytet. W tym regionie stacjonuje największy odsetek żołnierzy zawodowych, najwięcej jest jednostek stałej gotowości i trafia tu najwięcej nowoczesnego sprzętu. Po aneksji Krymu w 2014 r. Flota Czarnomorska modernizuje swoje jednostki i rozbudowuje ich wsparcie lądowe. Dysponuje też sześcioma okrętami podwodnymi i siedmioma okrętami nawodnymi, które mogą przenosić pociski manewrujące dalekiego zasięgu Kalibr i w połączeniu z brygadami Iskander-M stwarzają spory potencjał precyzyjnego rażenia dalekiego zasięgu. Oprócz tego od 2018 r. na Krymie dyżur bojowy pełnią cztery bataliony obrony powietrznej S-400, a na materiałach wideo dostrzeżono także S-300PM2 z systemami obrony powietrznej krótkiego zasięgu Pancyr-S. Rozbudowanie Zachodniego i Południowego Okręgu Wojskowego dało więc Rosji kilka możliwości przeprowadzenia ewentualnej ofensywy na Ukrainę. Z Donbasu, Krymu oraz obwodów biełgorodzkiego, kurskiego i briańskiego możliwa jest ofensywa pancerna na północno-wschodniej granicy Ukrainy. Oprócz tego – choć niezbyt prawdopodobny, to nadal możliwy – pozostaje wspomniany atak amfibijny wzdłuż wybrzeża Ukrainy. Równoległą opcją jest atak powietrzny, w tym atak helikopterowy, mogące stanowić także wsparcie ofensywy lądowej. Możliwości jest zatem wiele, a musząca liczyć się z nimi wszystkimi Ukraina postawiona została przed koniecznością znacznego rozproszenia własnych sił wojskowych.

Do tej pory rosyjska inwazja w głąb Ukrainy wydawała się jednak mało prawdopodobna. Działo się tak z kilku powodów. Pierwszy: Rosjanie działali dość wolno i publicznie. Nie ukrywali ruchów swoich wojsk w kierunku ukraińskiej granicy. Czy dałoby się to zrobić? Tak, i to stosunkowo niewielkim kosztem – wystarczyło zakrywać transportowany koleją sprzęt, przemieszczać go nocami, trzymać reporterów z dala od obozów. Nic takiego się nie działo, każdy ruch wojsk w stronę granicy był transmitowany i omawiany w mediach – i choć te mogły siać trochę paniki, to wątpliwe, by Rosja tak dobrowolnie rezygnowała z elementu zaskoczenia. Zresztą w latach 2014-2015 podczas walk w Donbasie rosyjskie wojsko przekonało się, ile kosztują błędy operacyjne i kompromitowanie bezpieczeństwa przez media społecznościowe, raczej nie pozwoliłoby na powtórkę. Tego typu sensacyjne doniesienia i relacje, jakie miały miejsce w mediach społecznościowych i tradycyjnych, musiały więc być zaplanowane – a przynajmniej zaplanowane było dopuszczenie zachodnich reporterów w pobliże rosyjskich obozów wojskowych i sprzętu. Wszystko też odbywało się stosunkowo powoli – głównie za pośrednictwem transportu kolejowego. Dzięki temu Ukraina miała czas na powołanie rezerw, przerzucenie sprzętu i posiłków na granicę z Rosją. Najprawdopodobniej przetransportowano tam też większość amerykańskich przeciwpancernych pocisków kierowanych Javelin, które znajdowały się w rozproszeniu po całym kraju. Gdyby Rosjanom zależało na czasie, zamiast transportu kolejowego użyliby – przynajmniej częściowo – transportu lotniczego. Zapewniałby on także większe bezpieczeństwo operacyjne, bo nie jest tak widoczny i łatwy do namierzenia jak pociągi transportujące ciężkie pojazdy opancerzone.

Wracamy zatem do scenariusza, w którym przygraniczne działania były (specjalnie zauważalnym) sygnałem, pokazem siły, a nie faktycznym przygotowaniem ofensywy.

Drugi powód, dla którego faktyczna inwazja wydawała się mało prawdopodobna: brak istotnego celu. Inwazja na Ukrainę wiązałaby się z politycznymi reperkusjami, które nie są potrzebne Rosji mniej więcej w tym samym stopniu, co pas ukraińskiego wybrzeża. Kontrolowanie takiego pasa terenu byłoby trudne, ponieważ ukraińska ofensywa mogłaby odciąć rosyjskie linie komunikacyjne. Obrona wybrzeża wymagałaby też sprowadzenia większej ilości sił nieco innego typu. Gdyby Rosja faktycznie chciała przejąć większą część Ukrainy, mogła to zrobić już w 2015 r. Skoncentrowała się wtedy na obronie zajętych terytoriów i na nich poprzestała. Przeprowadzanie inwazji – zwłaszcza teraz, gdy w perspektywie jest gazociąg Nord Stream II – zagroziłoby interesom Rosji na arenie światowej, między innymi z Niemcami, mogłoby też przekonać Szwecję i Finlandię do zasilenia szeregów NATO. Zarówno USA, jak i Unia Europejska zareagowałyby zapewne sankcjami ekonomicznymi, co dla Rosji oznaczałoby większe uzależnienie od Chin.

Tymczasem nie ma wystarczającego powodu, by Rosja narażała się na takie konsekwencje. Niektórzy komentatorzy wskazują jednak północny kanał krymski jako potencjalnie realny cel rosyjskiej inwazji. Chodzi o to, że po zajęciu Krymu przez Rosjan Ukraina odcięła wspomniany kanał, w konsekwencji Krym boryka się z niedostatkiem wody, która wcześniej przepływała kanałem z Dniepru. Niedobory są na tyle duże, że w krytycznym momencie musiano wprowadzić racjonowanie oraz zmniejszyć ilość upraw, osłabiając tamtejsze rolnictwo. Teoretycznie zatem Rosja mogła sięgnąć po kanał i zabezpieczyć okoliczne tereny. Tak jednak się nie stało, Rosja postanowiła rozwiązać problem pokojową drogą i wdrożyć rozpisany do 2024 r. program o wartości 50 mld euro, w którego ramach wykopuje nowe studnie, naprawia i doprowadza rury wodociągowe itp. Wydaje się to dobrym posunięciem, ponieważ alternatywa, czyli zajęcie kanału, nie dawałaby gwarancji jego szybkiego ponownego uruchomienia (najprawdopodobniej jest w złym stanie), a poza tym wymagała koncentracji dużej siły militarnej muszącej odpierać ataki bez naturalnej granicy w postaci wody. Należy mieć na uwadze, że operacje wojskowe są kosztowne, więc i pod względem ekonomicznym mogłoby to być mniej opłacalne, niż powzięty plan dostarczenia wody na Krym innymi drogami.

Rosja miała już pretekst do eskalacji swoich działań wojskowych na Ukrainie. 3 kwietnia 2021 r. pięcioletnie dziecko zginęło w wybuchu we wsi Aleksandrowskoje w samozwańczej Donieckiej Republice Ludowej (DRL). Według rosyjskich serwisów informacyjnych, takich jak państwowy Pervy Kanal, był to wynik uderzenia ukraińskiego drona. Strona ukraińska określiła tę historię jako „fake news”, także rosyjskie media niezależne mówiły o wybuchu ładunku wybuchowego nieopatrznie wziętego przez dziecko. Niemniej był to moment, który Rosja mogła wykorzystać jako pretekst do uderzenia, ale nie zrobiła tego.

Odstraszanie i presja – z którą taktyką mamy do czynienia i wobec kogo?

To, że gromadzenie rosyjskiego wojska w sąsiedztwie granicy z Ukrainą przebiegało tak powoli i w świetle fleszy, podkreśla demonstracyjny charakter operacji. Jednocześnie faktyczne intencje Rosji były niejednoznaczne w zamierzony sposób. Gdyby Rosji zależało na budowaniu międzynarodowego zaufania, mogła przeprowadzenie ćwiczeń poprzedzić ujawnieniem ich programu, tymczasem informacje podano dopiero pod koniec manewrów, a i wtedy nie były pełne. Na dodatek deklarowane przez ministra obrony wycofanie jednostek zostało w dużej mierze zanegowane przez służby amerykańskie i ukraińskie. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski ogłosił, że przy granicy zostało aż 75 tys. rosyjskich żołnierzy, natomiast szef ukraińskiej Państwowej Służby Bezpieczeństwa Iwan Bakanow podał nawet wyższą liczbę – 100 tys. rosyjskich żołnierzy. W Sewastopolu i na Morzu Czarnym pozostała też znaczna część floty okrętów amfibijnych. Wydaje się więc, że po ćwiczeniach Rosjanie postanowili zachować możliwość szybkiego natarcia na Ukrainę. Jednak jeśli się nad tym zastanowić, to czysto teoretyczna możliwość, gdyż bardziej możliwe są inne scenariusze stojące za tymi operacjami, mianowicie chęć odstraszenia oraz wywarcia presji.

Groźba użycia wojska miałaby wpłynąć na decyzje innego kraju. W przypadku odstraszenia chodzi o zniechęcenie do podjęcia określonych działań, natomiast wywieranie presji dotyczy zmiany pewnego postępowania lub realizacji określonego zachowania. Powstają oczywiście pytania o to, kto w tej sytuacji był celem odstraszenia lub presji i czego miały one dotyczyć.

Intuicyjną odpowiedzią na pierwsze z tych pytań jest Ukraina. Chodziłoby o zniechęcenie Kijowa do podejmowania działań militarnych mających na celu odzyskanie Krymu lub Donbasu. Tyle że fakt, iż Rosja dysponuje przeważającymi siłami, które uniemożliwią Ukrainie odzyskanie zajętych terytoriów, jest w zasadzie jasny. Putin pokazał wystarczająco, że nie stroni od używania siły i zapowiedział, że anektowane terytoria będą przez Rosjan bronione. Rosyjskie media uważały, że koncentracja wojska może być odpowiedzią na analogiczne ruchy gromadzenia armii po stronie ukraińskiej, musimy też wziąć pod uwagę, że ukraińska armia w ostatnich latach faktycznie zwiększyła swoją skuteczność i możliwości bojowe, między innymi dzięki lepszemu wyszkoleniu, a także zakupie zaawansowanego sprzętu, w tym tureckich bezzałogowych samolotów bojowych TB2 (UCAV), wykorzystywanych z powodzeniem w walkach w Idlibie, Libii i Górskim Karabachu w 2020 r. Pewnego rodzaju śmiałości może dodawać Ukrainie także zmiana administracji USA, która w obecnym wydaniu wydaje się jej dużo bardziej przychylna. Należy przy tym zaznaczyć, że urzędnicy ukraińscy zaprzeczają zamiarom odbicia Donbasu. Głównodowodzący Sił Zbrojnych Ukrainy generał pułkownik Rusłan Chomczak powiedział nawet, że „czysto wojskowe rozwiązanie” sytuacji w Donbasie nie istnieje. Aczkolwiek niektórzy rosyjscy komentatorzy uważają, że ukraińska ofensywa na Donbas jest możliwa – nawet w celu zwiększenia poparcia dla ukraińskiego prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, albo w celu zyskania poparcia NATO, do którego Ukraina aspiruje.

Ruchy rosyjskich wojsk przy ukraińskiej granicy pokazały zatem, że Rosja jest zdolna znacząco wzmocnić siły stacjonujące na Krymie i w Donbasie. Poza tym jasne stało się (dla tych, którzy mogli jeszcze wątpić), że to Rosja jest w stanie zaangażować większe i nowocześniejsze siły w konflikt, decydując o faktycznej skali ewentualnej eskalacji, nawet jeśli Ukraina będzie kontynuowała import broni. Jednocześnie Rosja pokazała, poprzez sposób prowadzenia operacji, że jest zdeterminowana bronić swoich zdobyczy bez względu na zachodnie (amerykańskie i NATO-wskie) stanowiska w tej sprawie.

NATO jest oczywiście istotnym graczem i Rosja próbuje odstraszyć też te międzynarodowe siły. W czasie inspekcji Floty Północnej rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu wskazał na wzrost sił NATO w Arktyce, regionie bałtyckim i rejonie Morza Czarnego, gdzie nie tylko miano koncentrować siły i infrastrukturę wojskową, ale także intensyfikować rozpoznanie lotnicze i morskie na terenach graniczących z Rosją. Szojgu uważa też, że NATO organizuje w Europie ćwiczenia wojskowe w ilości nawet 40 rocznie, które mają „wyraźnie antyrosyjskie nastawienie”. Przykładem są zbliżające się ćwiczenia Defender Europe 2021, na których wypadek Rosja miała podjąć „odpowiednie środki”, co pozwoliło mu też w innym świetle przedstawić manewry w pobliżu Ukrainy.

Zastępca szefa rosyjskiej administracji prezydenckiej Dmitrij Kozak powiedział natomiast, że militarne manewry są odpowiedzią na możliwą ofensywę Ukrainy. Z pozycji siły wyrokował, że tego typu wznowienie walk mogłoby oznaczać „początek końca Ukrainy”. I choć Szojgu 13 kwietnia zapowiedział powrót jednostek znad granicy w ciągu dwóch kolejnych tygodni, to Władimir Szamanow, przewodniczący komisji obrony Dumy i były dowódca rosyjskich wojsk powietrznodesantowych, warunkował ten powrót sytuacją po ukraińskiej stronie granicy. Także wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow zaznaczył, że rosyjskojęzyczni mieszkańcy Donbasu nadal będą bronieni przez jego ojczyznę.

Warto w tym kontekście zwrócić jeszcze uwagę na słowa Marii Zacharowej, rzeczniczki rosyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, która zarzuciła Ukrainie niezastosowanie się do porozumień mińskich i rozbudowę sił wojskowych w sąsiedztwie Donbasu. Zacharowa ostrzegła też Ukrainę przed przystąpieniem do NATO, co „doprowadziłoby do wzrostu napięcia na dużą skalę na południowym wschodzie, być może powodując nieodwracalne konsekwencje dla państwowości Ukrainy”. Rzeczniczka nie precyzuje, jakie działania Ukrainy albo NATO miałyby sprowokować reakcję Rosji, widać jednak potrójną grę rosyjskiej propagandy: z jednej strony przygraniczne manewry były odpowiedzią na ruchy Ukrainy, z drugiej strony – na działania NATO, a z trzeciej strony – na potencjalne wspólne działania Ukrainy z NATO.

Poza odstraszeniem pozostaje jeszcze wspomniana wcześniej presja. Nie chodziłoby tu o zaprzestanie jakichś działań (koncentracji wojsk po stronie ukraińskiej itp.), ale o zmuszenie któregoś państwa czy podmiotu (jak NATO) do zmiany czy podjęcia działań pod groźbą użycia siły w przeciwnym wypadku. Różnica sprowadza się więc do tego, że w przypadku odstraszenia chodzi o utrzymanie dotychczasowego status quo, a w przypadku nacisków – o jego zmianę (zgodnie z myślą agresora). Użycie siły militarnej nie jest faktycznym celem nacisku, tylko środkiem do uzyskania wyznaczonego zachowania podmiotu. Mało tego, agresor ma nadzieję na to, że jego cel zostanie osiągnięty bez faktycznego użycia siły, że wystarczy tylko potencjalność takiego rozwiązania. Oczywiście by nacisk mógł zadziałać, potrzebna jest – podobnie jak przy odstraszaniu – wiarygodność deklaracji i zdolności wojskowe umożliwiające zrealizowanie groźby. Jednak w tym przypadku rozróżnienie na odstraszanie i nacisk jest trudne, a przynajmniej ciężko powiedzieć, czy Rosji bardziej zależy na pierwszym, czy drugim. To między innymi efekt natłoku informacji – rosyjscy urzędnicy uzasadniają militarne ruchy na różne sposoby i stawiają różne żądania od różnych podmiotów. Pomaga w tym też dwojaki charakter większości systemów zbrojeniowych – mogą one być wykorzystywane zarówno w ofensywie, jak i defensywie. Czołgi, które często umieszczane są w ofensywnym kontekście, mogą także brać udział w obronie – jako wzmocnienie pozycji obronnych, który szybko może przejść do kontrataku. Artyleria czy MLRS działają w podobny sposób. Można więc za każdym razem podwójnie interpretować ich obecność: jako przygotowanie siły ofensywnej albo wzmacnianie potencjału obronnego.

Ta niepewność sprzyja jednak rosyjskiej strategii. Ukraina musi bowiem dopuszczać i zakładać najgorszy dla siebie scenariusz i nie może skoncentrować się jedynie na potencjalnie mniejszym zagrożeniu. Jeśli jednak Kijów uzna kolejną inwazję rosyjską za możliwą – nawet jeśli nie tak prawdopodobną – to w konsekwencji bardziej skłonny będzie do ustępstw mniejszego kalibru, za których cenę uniknie gorszego scenariusza. Rosja musi tak rozegrać sytuację, aby Ukrainie mniej opłacało się sprzeciwianie jej roszczeniom, aby spełnienie żądań było bardziej opłacalne niż stawianie militarnego oporu.

Wróćmy do przykładu wody na Krymie. Rosja tak naprawdę nie musi siłą przejmować kanału, by ją tam doprowadzić. Jeśli wystarczająco zagrożą Ukrainie, mogą zmusić ją do tego, by sama otworzyła kanał, bez utraty okolicznych obszarów. Groźba użycia siły musi być jednak wiarygodna, a sama siła proporcjonalna do stawianego celu, inaczej Ukraina albo nie uwierzy w zagrożenie, albo postanowi mu sprostać. Przy czym Rosja może skalować nacisk przeciwko Ukrainie, zaczynając na przykład od zestrzelenia ukraińskiego UCAV TB2, który coraz częściej przelatuje w pobliżu Krymu i Donbasu. To samolot bezzałogowy, więc nie zginąłby żaden ukraiński żołnierz, a przy okazji zademonstrowano by skuteczność bojową rosyjskiej armii w walce z tureckimi samolotami tego typu (rzeczywiście, samoloty te świetnie sprawdzały się w walkach przeciwko Armenii i Syrii, ale Rosja ma dużo sprawniejszy zintegrowany system obrony powietrznej, który powinien zdecydowanie lepiej radzić sobie z tego rodzaju zagrożeniem). Kolejnym krokiem mogłoby być zwiększenie ilości snajperów albo przeciwpancernych zespołów rakietowych na linii kontaktu, by agresywniej atakować ukraińskich żołnierzy. To rozwiązanie, które jest skuteczne, a jednocześnie łatwiejsze do obrony wizerunkowej – widzieliśmy to w maju 2020 r., kiedy Ukraina opublikowała nagranie z linii frontu w Donbasie, na którym widać najprawdopodobniej drużynę snajperów z Centrum Specjalnego Przeznaczenia FSB. Miało ono powstać w tym samym dniu, w którym ukraiński żołnierz został zabity przez snajpera. Rosja mogła jednak zaprzeczyć temu, ponieważ ataki snajperskie przypominają w efektach normalne walki na froncie. Innym krokiem eskalacji agresji mogłoby być zwiększenie ostrzału artyleryjskiego lub MLRS wzdłuż linii kontaktu. Tu też są różne opcje – od wykorzystania artylerii znajdującej się już w Donbasie po transport i wykorzystanie ciężkiej artylerii jak 2S7M Malka, 2S4 Tulipan lub systemy MLRS TOS-1A. Nie da się jednak ich przypisać separatystom w Donbasie, ponieważ nie dysponują oni tak ciężkim sprzętem i Rosja musiałaby wziąć winę na siebie. Mogłaby jednak ograniczyć ostrzał do niszczenia wrogiej artylerii czy systemów obronnych. Teoretycznie – choć raczej mało prawdopodobnie – Rosja mogłaby też zaangażować rakiety balistyczne albo pociski manewrujące krótkiego zasięgu. Suma tych zachowań składa się na stopniowo rosnący nacisk, który mógłby zmusić Ukrainę do różnych ustępstw.

Rosja zresztą już podejmuje pewne działania, które można określić jako agresywne. Na przykład ograniczyła dostęp przez Cieśninę Kerczeńską. Zatrzymała też ukraińskiego dyplomatę, któremu zarzuciła uzyskanie informacji niejawnych. We wspomnianej cieśninie w 2018 r. doszło do incydentalnej potyczki z ukraińskimi okrętami i wydaje się, że kolejne tego typu działania mogą być podejmowane przez Rosjan tak samo, jak przechwytywanie samolotów na Morzu Czarnym, czy to ukraińskich, czy NATO-wskich. Oczywiście osobnym terenem działań pozostaje świat cyfrowy i wirtualne kampanie dezinformacji oraz wojna elektroniczna. 

Czego może jednak chcieć Rosja od Ukrainy? Sytuacja z wodą na Krymie jest często wskazywana, ale wydaje się, że Rosja już sobie z nią poradziła na inny sposób. Analitycy mówią czasem także o naciskaniu na Ukrainę, by faktycznie wdrożyła postanowienia porozumienia z Mińska, a także zdjęła sankcje z ukraińskiego oligarchy i bliskiego współpracownika Putina – Wiktora Medwedczuka. Mogłoby także chodzić o przywrócenie emisji trzech prorosyjskich kanałów telewizyjnych mających powiązania właśnie z Medwedczukiem. No i oczywiście Donbas – tu mogłoby chodzić albo o wstrzymanie wysyłania posiłków ukraińskiej armii, albo o zmianę retoryki używanej w przedstawianiu tematu wydarzeń i sytuacji na Donbasie.

Jednakże żadne z tych żądań nie zostało przez Rosję przedstawione publicznie, nie wyznaczono żadnych terminów. Co prawda nie ma konieczności upubliczniania takich żądań, ale wątpliwe, by nic nie było o nich wiadomo.

Pozostaje jeszcze inna możliwość – faktycznym podmiotem nacisków Rosji nie jest Ukraina, a Stany Zjednoczone, które wspierają Ukrainę na różny sposób, w tym poprzez sprzedaż broni. Rosja chciałaby więc pokazać, że te działania prowadzą do eskalacji konfliktu i uczynić Stany odpowiedzialnymi za tę eskalację. W ten sposób można interpretować przytaczane wcześniej twierdzenie Szamanowa, że powrót rosyjskich sił znad granicy warunkowany jest sytuacją na Ukrainie tak samo, jak wypowiedź Szojgu ukazująca koncentrację wojsk jako odpowiedź na działania NATO i ćwiczenia Defender Europe. Kryje się za nimi swego rodzaju żądanie: ograniczcie swoje działania albo odpowiemy agresją. Areną tej agresji będzie pewnie najczęściej Morze Czarne, a zaangażowane w nie – rosyjskie i NATO-wskie samoloty oraz statki.

Rosyjski wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow przestrzegł Stany Zjednoczone przed ryzykiem, jakie niesie ze sobą wysyłanie okrętów wojennych na obszar Morza Czarnego. Co prawda mówił o nieokreślonych incydentach, ale intencje wydają się jasne. Możliwe, że chodziło przede wszystkim o nieobecność amerykańskich okrętów w czasie opisywanych wcześniej ćwiczeń, jednak Riabkow nie wspomniał o konkretnym okresie i równie możliwe, że Rosja próbuje oddalić od swoich granic wojska USA i NATO także w dłuższej perspektywie. Analitycy zauważyli, że Riabkow nazywał USA „przeciwnikiem”, co znamionuje eskalację agresji w używanym przez rosyjskich urzędników dyskursie, zwykle nie określają Stanów tak negatywnie.

Rosjanie od ponad trzech miesięcy powoli ograniczają liczebność swoich wojsk na granicy z Ukrainą i wydaje się już jasne, że w manewrach nie chodziło o faktyczną inwazję na to państwo. Co prawda w 2021 r. mogliśmy zaobserwować intensyfikację walk na linii kontaktu, ale wzmożony ostrzał prowadzony przez stronę rosyjską nie był poparty żadnymi żądaniami. Zresztą Ukraina nie zmieniła wyraźnie swojego zachowania, nie poszła na żadne ustępstwa, więc gdyby Moskwie chodziło o konkretny nacisk, któremu Ukraina by do tej pory nie uległa, najprawdopodobniej widzielibyśmy kolejne pokazy lub użycia siły, bardziej znaczące niż manewry ćwiczebne przy granicy. Czy chodziło zatem o odstraszenie? To także wątpliwe, ponieważ szanse Ukrainy na odzyskanie Krymu i Donbasu już wcześniej wydawały się raczej znikome. Dlatego bardziej sensownym wyjaśnieniem wydaje się właśnie chęć nacisku na Stany Zjednoczone i NATO, by powstrzymać ich od antyrosyjskich działań w przyszłości.

Wygląda więc na to, że Ukraina stała się swego rodzaju zakładnikiem. Moskwa pokazała, że koncentracja i potencjalne użycie znaczących sił zbrojnych przeciwko Ukrainie jest możliwe, a powodem dla takiego ruchu wcale nie musi być ofensywa ukraińska, mogą to być wymierzone w Rosję działania USA i NATO.

Pewne przesłanki do takiej interpretacji wydarzeń znajdziemy między innymi w tegorocznym przemówieniu do Rosyjskiego Zgromadzenia Federalnego, jakie wygłosił prezydent Putin. Powiedział on, że „jeśli ktoś pomyli nasze dobre intencje z obojętnością lub słabością i będzie chciał spalić czy wysadzić te mosty, musi wiedzieć, że odpowiedź Rosji będzie asymetryczna, szybka i twarda”. Warto nadmienić, że przemówienie to wygłoszone zostało jeden dzień przed tym, jak Szojgu ogłosił zakończenie ćwiczeń wojskowych. W tym samym przemówieniu Putin ostrzegł przed czymś, co nazwał przekraczaniem rosyjskich czerwonych linii. Znaczenie tego określenia wyjaśnił później rzecznik Putina Dmitrij Pieskow: „czerwone linie Rosji są związane z jej interesami narodowymi, z pewnością są też związane z dwustronnymi relacjami z innymi narodami, w tym z Ukrainą oraz relacjami z różnymi sojuszami międzynarodowymi”. Poza tym, zdaniem Pieskowa, naruszeniem czerwonych linii może być też wtrącanie się w rosyjską politykę wewnętrzną i naruszanie rosyjskich interesów gospodarczych. Putin natomiast – w swoim wystąpieniu – skrytykował jeszcze użycie „motywowanych politycznie, nielegalnych sankcji gospodarczych”, odmowę „nawiązania międzynarodowego dialogu na temat bezpieczeństwa informacyjnego i cybernetycznego” przez Zachód, ogólnie ujęte „nieprzyjazne posunięcia wobec Rosji” oraz próbę zamachu stanu na Białorusi. W istocie większość przemówienia Putina dotyczyła spraw krajowych, ale ciężko nie odnieść wrażenia, że ta część dotycząca polityki zagranicznej adresowana była do NATO i USA. Metafora „czerwonych linii” specjalnie nie została sprecyzowana, dzięki czemu Putin szybko, ale wyraźnie zagroził przeciwnikom, jednocześnie nie konkretyzując i nie nazywając po imieniu ani wrogów, ani wrogich działań. Nie wiadomo, czy asymetryczne zachowania dotyczą agresji na Ukrainę w przypadku zwiększenia militarnej obecności NATO przy granicach z Rosją, czy może przy wprowadzaniu dalszych sankcji ekonomicznych przez Unię Europejską i Stany. Albo inaczej: chodziło o wszystkie te rzeczy, przynajmniej potencjalnie.

Dzień po tym przemówieniu ukazał się artykuł zatytułowany „Nieprzerobione lekcje historii” autorstwa Dmitrija Miedwiediewa, byłego prezydenta, a obecnie wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Rosji. Cofa się on w nim do kubańskiego kryzysu rakietowego, który zestawia z dzisiejszym napięciem między Rosją a Stanami Zjednoczonymi. Kiedy w czasach zimnej wojny USA wysłało rakiety do Turcji, Wietnamu Południowego i Libanu, Związek Radziecki odpowiedział wy