fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

27.6 C
Warszawa
poniedziałek, 22 lipca, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Tam może wybuchnąć trzecia wojna światowa

Czy Cieśnina Tajwańska będzie miejscem wybuchu kolejnej wojny światowej? Analiza „Le Figaro”

Warto przeczytać

Cieśniny często były punktami zapalnymi konfliktów militarnych. Nic dziwnego, są często istotne w światowym handlu, bywają obszarami spornymi, a do tego miejscami, na których nawet dziś rozprzestrzenia się piractwo. Francuski portal „Le Figaro” postanowił przyjrzeć się sześciu cieśninom, które dziś są ważnymi strategicznie obszarami, mają znaczenie historyczne i mogą być potencjalnym zarzewiem konfliktu o dużej skali: Gibraltar, Bering, Bab al-Mandab, Tajwańska, Bosfor i Ormuz. Poniżej prezentujemy omówienie jednej z nich – Cieśniny Tajwańskiej.

Amerykański okręt USS Curtis Wilbur przepłynął obok wybrzeży Fujian 22 czerwca tego roku. To okręt, który pod 154-metrowym pokładem ma nie tylko potężne pociski, ale i najnowocześniejszą elektronikę. Nie wykonywał żadnej oficjalnej misji, to tylko „rutynowy” rejs przez Cieśninę Tajwańską, który ma pokazać dwie rzeczy: po pierwsze, że amerykańska marynarka wojenna zaangażowana jest w „wolny i otwarty region Indo-Pacyfiku”, po drugie, że amerykańskie statki pływają „wszędzie tam, gdzie pozwala na to prawo międzynarodowe” – jak głosi dość lakoniczne oświadczenie US Navy. Dla Chińczyków niewiele ma to wspólnego z manifestacją wolności, w ich narracji jest to „sabotaż pokoju”, a chiński dyplomata Zhao Lijiana nazywa zajście „wtargnięciem”.

Nie jest to pierwszy ruch tego typu. Odkąd Joe Biden objął urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, amerykańskie okręty wojenne przepływały przez wody międzynarodowe oddzielające kontynentalne Chiny od wyspy Tajwan już sześć razy.

Konkurujące ze sobą światowe mocarstwa właśnie na tych wodach starają się zademonstrować swoje siły, tocząc ze sobą strategiczną wojnę na obszarze Azji i Pacyfiku. Cieśnina Tajwańska to kanał oceaniczny o długości 180 km, który oddziela 24 mln mieszkańców Tajwanu od 1,4 mld chińskich obywateli. Na razie walki mają charakter polityczny, ale wypowiedzi Xi Jinpinga pełne są gróźb militarnej inwazji. Tajwańczycy zbroją swoją wyspę – w dużej mierze amerykańską bronią – obserwując jednocześnie rozbudowę chińskiego wojska. To miejsce staje się obecnie najbardziej prawdopodobną areną rozpętania trzeciej wojny światowej. Bonnie Glaser, amerykańska specjalistka z Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie, mówi wprost: „Jeśli Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza dokona inwazji na Tajwan, istnieje ryzyko szybkiej eskalacji na masową skalę. Prawdopodobnie doprowadzi to do poważnego konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, który będzie bardzo trudny do opanowania”.

Chiny wydają się zdeterminowane w swoim dążeniu do zajęcia Tajwanu. W przemówieniu na placu Tiananmen 1 lipca 2021 r. prezydent Xi nazwał „całkowite zjednoczenie Tajwanu z ojczyzną” jego „historyczną misją”. Zapowiedział też, że „zmiażdży” niepodległościowe próby zbuntowanej wyspy, która w 1949 r. wyparła wojska Mao.

Chińczycy wielokrotnie prowokowali Tajwan. W samym 2021 r. nad cieśniną przeleciało łącznie 350 chińskich samolotów wojskowych, przekraczając linię środkową i wywołując start tajwańskich F16 i Mirage 2000. Do walk nie doszło, ale wojna psychologiczna trwa. Nic nie zapowiada zmiany, zwłaszcza że Tajwańczycy na urząd prezydenta wybrali ponownie Tsai Ing-wen, przewodniczącą Demokratycznej Partii Postępowej (DPP), która jest orędowniczką demokratycznej tożsamości i niezależności wyspy, co raczej wyklucza „pokojowe zjednoczenie” z Chinami, na które Pekin mógł mieć nadzieję.

ChAL-W czeka tylko na rozkazy Pekinu, jest gotowa do podjęcia operacji na wielką skalę. „Przygotowywali się przez dwadzieścia lat. Byłaby to największa operacja desantowa w historii, większa nawet niż D-Day w Normandii” – mówi Lonnie Henley, były analityk Pentagonu. Operacja najpewniej przebiegałaby tak: najpierw z wybrzeża Fujian przeprowadzono by masowy ostrzał wyspy, którego celem byłoby zniszczenie tajwańskiej obrony, a także złamanie ducha tamtejszej ludności. Następnie rozpoczęłaby się olbrzymia inwazja amfibijna, podczas której na wyspie wylądowałoby 300 tys. żołnierzy ChAL-W, co pozwoliłoby na przejęcie kontroli nad całym terytorium. Pod jednym wszakże warunkiem: utrzymania z daleka sił amerykańskich w początkowej fazie ataku. „Jest to bardzo ryzykowna operacja, ponieważ może ona wywołać odwet USA”, a ten oznaczać może potencjalny konflikt nuklearny, ocenia Henley.

Szef sztabu USA Mark Milley zapewnia jednak, że ten czarny scenariusz jest mało prawdopodobny w najbliższej przyszłości. Jego zdaniem chińskiej armii brak zdolności do przeprowadzenia takiego ataku i nie nabędzie jej przez najbliższe dwa lata. Jednak na 2027 r. przypada stulecie powstania chińskiej armii i wydaje się, że właśnie wtedy osiągnie ona wymaganą gotowość bojową, przed czym zresztą Milley ostrzegał amerykański Kongres, występując przed nim 25 czerwca. Chiny stawiają teraz na rozwój marynarki wojennej, a ich wciąż rozbudowana flota już teraz przewyższa liczebnością flotę amerykańską. „Mają zdolności balistyczne, ale wciąż mają braki w kwestiach amfibii” – ocenia Antoine Bondaz, badacz z Fundacji Badań Strategicznych (FRS). Przy czym Chińczycy mają doskonałą świadomość swoich ograniczeń i zmierzają do ich przekroczenia. Chińskie stocznie wyprodukowały już dwa imponujące okręty desantowe dla helikopterów typu 075, a planowana jest budowa sześciu kolejnych. To bardzo wzmocni siły aeromobilne.

W 1996 r. obserwowaliśmy już kryzys w Cieśninie Tajwańskiej. Było to przed wyborami prezydenckimi na Tajwanie. Wtedy prezydent ChRL Jiang Zemin wytoczył ciężką artylerię i wypuścił grad pocisków na Morze Chińskie, część z nich przeleciała nawet nad Tajpej, stolicą Tajwanu. Zareagował wtedy Bill Clinton, ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych. Amerykański sekretarz obrony William Perry ostrzegł oficjalnie Chińczyków przed konsekwencjami podobnych zachowań, a na dowód powagi swoich słów wysłał w marcu tamtego roku dwa lotniskowce na wody cieśniny. Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza była wtedy zacofana i musiała ustąpić wobec siły światowego mocarstwa, umacniającego w ten sposób swoją pozycję „światowego policjanta”.

Przez kolejne dwie dekady Amerykanie kierowali siły przeciwko islamskiemu terroryzmowi, Chiny natomiast intensywnie rozwijały swoją gospodarkę, ale i armię. O 1996 r. jednak nie zapomniano i wydaje się, że do dziś ChAL-W marzy o odwecie za upokorzenie sprzed lat. Marzenia swe zresztą przekuwa w narzędzia, a najważniejszym z nich jest pocisk zwany „carrier killer”, śmiercionośna broń opracowana w jednym celu: by utrzymać US Navy z daleka od cieśniny, kiedy będzie to konieczne.

„South China Morning Post” poinformowało, że w sierpniu 2020 r. Chiny wystrzeliły dwie rakiety balistyczne: DF-26B i DF-21D. Trafiły one i zniszczyły statek na Paracelach, u wybrzeży Wietnamu. To zmieniło sytuację amerykańskiego lotnictwa morskiego.

Pentagon musi teraz włożyć wiele sił i środków w utrzymanie amerykańskiej obecności w Cieśninie Tajwańskiej, która jest drogą także do Japonii, Korei Południowej czy Filipin, a przy tym prowadzi do amerykańskiej bazy Guam, w której znajdują się Marines, B52 i rakiety.

Tajwan został podbity w 1683 r. przez chińską dynastię Qing, czyli stosunkowo późno, jak na historię tego regionu, na co wpływ miało zapewne położenie tej zamieszkałej przez aborygenów wyspy w stosunkowo dużej odległości od Chin kontynentalnych. Do dziś zresztą lądowanie na niej jest obarczone ryzykiem wojskowym – nie mówiąc o ryzyku politycznym. Tymczasem komunistyczny reżim Chin niemal obsesyjnie dba o stabilizację, więc niechętnie podejmuje wszelkie ryzykowne działania. Dlatego Pekin intensywnie pracuje nad innymi rozwiązaniami, które doprowadziłyby do ponownego podporządkowania buntowniczej wyspy. „Przywództwo nadal preferuje integrację przez wyniszczenie, ale pracuje nad pośrednimi opcjami przymusu, takimi jak blokada morska czy zobowiązanie do przestrzegania prawa w Cieśninie” – ocenia Henley, obecnie pracownik George Washington University.

Alternatywne ruchy, o których wspomina Henley, wyglądają, jakby były wzorowane na strategii Władimira Putina prowadzonej na Ukrainie. Długotrwała blokada morska z jednej strony trzymałaby amerykańską marynarkę na dystans, z drugiej – była uciążliwa dla ludności Tajwanu i mogła przekonać ją do konieczności gospodarczej integracji z Chinami. Poza tym Chiny mogą też podbić dwie okoliczne wyspy – Qinmen oraz Matsu, które są dużo mniejsze, i które nie mogą liczyć na wyraźną pomoc Pentagonu, dla Chin natomiast stanowią okazję do pokazu siły i zastraszenia Tajwańczyków. Byłby to więc chiński odpowiednik Krymu, przy którym pozwolono by Xi i jego partii na małe agresywne kroki. „Te szare scenariusze są najbardziej niebezpieczne” – ostrzega jednak Mathieu Duchatel z Institut Montaigne.

Na podstawie:

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię