fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

24.8 C
Warszawa
poniedziałek, 22 lipca, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Unia Europejska kosztownie ogranicza CO2 a USA i Chiny trują na potęgę

Nikt nie wie, jak osiągnąć zerową emisję CO2 netto w 2050 r. – zauważa „Le Point”

Warto przeczytać

Wśród naczelnych kwestii poruszanych przed kampanią prezydencką we Francji ekologia zajmuje istotne miejsce. Główny problem stanowi konieczność jak największego ograniczenia emisji CO2 do atmosfery, na co wskazuje m.in. raport IPCC (Międzynarodowy Zespół ds. Zmian Klimatu). W wywiadzie dla serwisu Le Point temat ten podjął Christian Gollier, dyrektor Szkoły Ekonomicznej w Tuluzie, a równocześnie specjalista w dziedzinie ekonomii klimatu.

Le Point: Co Pan sądzi o najnowszym raporcie IPCC?

Christian Gollier: Raport pokazuje, że nie zmniejszyliśmy emisji CO2 od 30 lat, zaś w 2019 r. wyemitowaliśmy najwięcej CO2 w historii! Na widok zbliżającej się ściany zamiast hamulca wciskamy pedał gazu. Będzie trzeba bardzo się postarać, aby osiągnąć zerowy poziom emisji CO2 netto w latach 2050-2070.

Celem Europy jest osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla do 2050 roku. Czy da się to zrealizować bez zbytniego wpływania na poziom życia ludzi?

Europa to jedyny region na świecie, w którym ograniczono znacząco emisję CO2 od 1990 r. W tym czasie nastąpił spadek o 21-22 proc., gdy tymczasem reszta świata, zwłaszcza Stany Zjednoczone, Chiny i kraje rozwijające się zwiększyły emisję.

Czy jest to związane z europejską deindustrializacją?

Owszem, jednak nie jest to główny powód. W skali światowej Europa przoduje, jeśli chodzi o ograniczenie emisji CO2 w sektorze energii elektrycznej. Odpowiada on za jedną czwartą do jednej trzeciej emisji dwutlenku węgla. W sektorze budowlanym emisje utrzymują się na tym samym poziomie od 10 lat. Unia Europejska obiecała do zeszłego roku ograniczyć swoje emisje o 40 proc. w porównaniu do roku 1990 i wyznaczyła sobie jeszcze ambitniejszy cel redukcji emisji o 55 proc. do 2030 r. Wiemy, jak to osiągnąć, ale nie będzie to łatwe zadanie. Należy zwiększyć udział w transporcie pojazdów elektrycznych oraz przeprowadzać więcej termomodernizacji. Ważne są również inwestycje w izolację budynków publicznych, fotowoltaikę i elektrownie wiatrowe. W tym ostatnim przypadku trzeba postawić na znacznie szybszy rozwój niż przez ostatnie 10 lat. Jednak zarówno energia wiatrowa, jak i jądrowa czy biogaz spotykają się z dużym oporem niektórych środowisk politycznych.

Czy potem będzie jeszcze trudniej?

Tak. Nie wiemy, jak osiągnąć zerowy poziom emisji netto w 2050 r. oraz jak będzie wyglądała zdekarbonizowana Europa. Koniecznością będzie zelektryfikowanie większości sektorów, jak transport, mieszkalnictwo i przemysł, co będzie wymagało od nas wytwarzania większej ilości energii elektrycznej, niż obecnie. Jednak ograniczając energię jądrową, przy równoczesnym zwiększeniu tej pochodzącej od słońca i wiatru możemy spotkać się z nieciągłością zasilania, gdy tych dwóch źródeł zabraknie. Oznacza to bowiem produkowanie niewiarygodnych ilości baterii. Korzystanie z wodoru również jest ryzykowne. Redukcja emisji o 55, 60, a może nawet 70 proc. jest możliwa, jednak próba pozbycia się pozostałych 30 proc. będzie bardzo kosztowna, jeżeli nie usuniemy pewnych barier technologicznych. To stwarza pytanie o wiarygodność tego celu.

Przykładowo we Francji podatek od emisji CO2 wynosi 44 euro za tonę. Przy zerowej emisji netto byłoby to aż 750 euro za tonę, nawet przy optymistycznych założeniach odnośnie do postępu technologicznego. A przecież przy zaledwie kilkucentowym wzroście cen paliwa wywołanym podatkiem węglowym rozpoczęły się protesty „Żółtych Kamizelek”.

Czy nie jest tak, że Europa stawia sobie zbyt ambitne cele w zakresie redukcji emisji gazów i są one niewłaściwie rozdzielone w skali globalnej?

Moim zdaniem politycy są od wyznaczania kierunku, równocześnie jednak istnieje kwestia akceptacji społecznej. COP21 w Paryżu pokazało, że zobowiązania większości krajów świata są o wiele słabsze, niż w Europie. Kraje bogate w węglowodory, jak Rosja, Arabia Saudyjska, Wenezuela i Brazylia niczego nie zadeklarowały, Chiny obiecały zmniejszenie emisji w 2030 r., jednak bez określenia, jaki poziom osiągną! Obecnie cena węgla w Europie wynosi 60 euro za tonę na europejskim rynku pozwoleń na emisję CO2, które producenci muszą kupić, aby mieć prawo do emisji. W Chinach jest to… dwa euro. Każde państwo ma pokusę, aby nic nie robić, licząc na to, że inni podejmą za nie wysiłek. Jednak nawet jeśli już dziś poważnie podejdziemy do sprawy, to w 2050 r. efekty będą prawie niezauważalne.

Czy zatem cel zerowych emisji netto jest nierealistyczny?

Wszystko zależy od tego, czy politycy są w stanie przejść od słów do czynów. Trzeba będzie obserwować stanowiska poszczególnych państw członkowskich w odniesieniu do ambitnych propozycji Komisji Europejskiej „Fit for 55” przedstawionych 14 lipca. Przeciwna jest temu nawet Francja, mimo wprowadzenia podatku węglowego w sektorze transportu i mieszkalnictwa. Politycy obawiają się protestów „Żółtych Kamizelek”!

Czy bez tych środków w pakiecie ogłoszonym przez Komisję, Europa nie ma szans na osiągnięcie swoich celów klimatycznych?

Państwa sprzeciwiające się wprowadzeniu cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla w tych dwóch strategicznych sektorach, w których emisje nie spadły, powinny przedstawić wiarygodne kontrpropozycje, które pozwolą im osiągnąć identyczny rezultat. Lub przyjąć, że ten cel jest nieosiągalny. Niestety wiele krajów będzie temu przeciwne, choć nie zaproponuje alternatyw. Tego typu demagogia prowadzi niestety do utraty wiarygodności polityków i kryzysów w demokracji. Aby do tego nie doszło, stanowisko Francji powinno być dokładnie przemyślane.

Czy masowe inwestycje publiczne pozwolą nam ograniczyć emisje?

Jesteśmy obecnie w okresie przejściowym, który radykalnie zmieni nasz styl życia. Przekonanie, że samo państwo poradzi sobie z inwestycjami, które ograniczą emisję CO2, jest nierealistyczne. Francja prowadziła bardzo kosztowną politykę klimatyczną przez ostatnie 20 lat. Przykładowo w 2010 r. właściciele paneli słonecznych otrzymywali od państwa ceny gwarantowane dziesięciokrotnie wyższe od kosztów produkcji energii elektrycznej. Uniknięcie emisji 1 tony dwutlenku węgla kosztowało w tym przypadku od 1000 do 1500 euro! Dla porównania wycofanie węgla z europejskiego koszyka energetycznego to w tym przypadku zaledwie około 30 euro.

Dlaczego nie wykorzystać inwestycji publicznych i emisji pieniędzy do sfinansowania inwestycji niezbędnych do ograniczenia wytwarzania CO2?

Faktycznie stopy procentowe są niskie i to mógłby być dobry pomysł, zwłaszcza w kontekście przyszłych pokoleń. Taki dług miałby uzasadnienie. Zasada deficytu w wysokości 3 proc. służy utrzymaniu wiarygodności europejskiej polityki publicznej, jednak może on zostać złagodzony w przypadku inwestycji w odnawialne źródła energii, wodór, baterie itp. Plan inwestycyjny na rzecz transformacji ekologicznej, ogłoszony przez Emmanuela Macrona w lipcu, będzie musiał skupić się na innowacjach niezbędnych do usunięcia głównych barier technologicznych, takich jak magazynowanie energii odnawialnej, wychwytywanie CO2, samoloty przyszłości czy energia jądrowa czwartej generacji. Ryzyko jest duże, lecz pozytywne skutki dla społeczeństwa w przypadku sukcesu także będą znaczące. Jednak uciekanie się do produkcji pieniędzy nie jest dobrym rozwiązaniem, spowodowałoby bowiem ogromną inflację.

Dlaczego uważa Pan, że wprowadzenie ceny za emisję dwutlenku węgla w formie podatku lub rynku praw do emisji zanieczyszczeń, jest najlepszym rozwiązaniem dla ograniczenia emisji gazów cieplarnianych?

Można podjąć mnóstwo działań w celu ograniczenia emisji, ale musi to się odbyć przy jak najmniejszym uszczerbku dla siły nabywczej. To osoby wytwarzające CO2 płacą za szkody spowodowane przez swoje emisje. Zdecydują się więc na inwestycje ekologiczne, takie jak zakup samochodu elektrycznego, ocieplenie domu lub instalacja pompy ciepła, dzięki czemu unikną płacenia za zanieczyszczenie środowiska. Przy ustanowieniu ceny za emisję CO2 nie będzie trzeba marnować wydatków publicznych przy ograniczonych korzyściach ekologicznych. Zobowiązania państwa w zakresie cen gwarantowanych energii słonecznej i wiatrowej kosztują francuskich konsumentów 10 mld euro rocznie, a to więcej niż całkowity dochód z podatku węglowego! Ustalanie cen emisji pozwala na ocenę kosztów polityki klimatycznej i decentralizację podejmowanych w tej sprawie decyzji. Ustalenie cen emisji CO2 to także duży dochód dla państwa, który można wykorzystać do polityki redystrybucyjnej na rzecz najuboższych gospodarstw domowych. To rozwiązanie częściowo już wprowadzono poprzez rozszerzenie bonów energetycznych dla gospodarstw domowych znajdujących się w trudnej sytuacji. Polityka cen emisji dwutlenku węgla jest często krytykowana przez media, jednak każda polityka klimatyczna prowadzi do wzrostu cen energii, zwłaszcza w przypadku gospodarstw domowych o niskich dochodach. Jedynie opłaty za emisję CO2 pozwalają na redystrybucję generowanych dochodów dla potrzebujących.

A jak odnosicie się do propozycji Thomasa Piketty’ego, aby przydzielić kartę węglową ograniczającą roczną ilość gazów cieplarnianych, jakie każdy obywatel mógłby emitować i powyżej której opodatkowanie znacząco by wzrastało?

Przydzielenie 5 ton CO2 rocznie na osobę i pozostawienie możliwości handlu tymi zezwoleniami na rynku nie stanowi problemu. Odbyłoby się to z korzyścią dla mniejszych gospodarstw domowych, które średnio emitują mniej niż 5 ton na osobę. Propozycja Piketty’ego zakazuje wykupu kwot brakujących podmiotom emitującym większe ilości, pomimo że w ogólnym rozrachunku nic by się nie zmieniło.

Wysokie ceny emisji CO2 na granicach wymagają też wprowadzenie tam podatku węglowego, co jest związane z ryzykiem ucieczki emisji do innych krajów przez przenoszenie działalności powodującej zanieczyszczenie. Do niedawna cena dwutlenku węgla dla przemysłu i produkcji energii elektrycznej wahała się między 5 a 20 euro, co już doprowadziło do pewnych ucieczek emisji, a przecież obecnie mówimy o osiągnięciu w tych sektorach ceny węgla w wysokości 250 euro za tonę w 2030 r.! Taka sytuacja może spowodować masowy dumping środowiskowy. Podatek pozwoliłby na zapobieżenie tej ewentualności. Najprawdopodobniej wywoła to nieprzychylną reakcję ze strony naszych partnerów biznesowych np. Stanów Zjednoczonych, które wciąż mają największą emisję CO2 na mieszkańca (około 20 ton w porównaniu z 7 tonami w Europie). Plan administracji Joe Bidena zmniejszenia emisji opiera się na badaniach i rozwoju, a więc stworzeniu technologii, która zmniejszy koszty emisji. Wprowadzenie cen emisji nie wchodzi w rachubę. Jaki więc Europa powinna zastosować mechanizm dostosowania granic w tym przypadku? Nie posiadamy przecież wystarczającej siły politycznej, aby narzucić nasze pomysły reszcie świata bez reakcji w postaci odwetu handlowego.

Czy rozwiązaniem problemu zmian klimatycznych nie jest założenie upadku gospodarczego?

Noémie Klein broni powrotu do poziomu życia z lat 70., a więc zmniejszenie o połowę naszego poziomu konsumpcji. Jest to jednak społecznie nie do przyjęcia. Cena emisji dwutlenku węgla jest strategią „post wzrostową”, lecz skoncentrowaną na rynkach emitujących najwięcej CO2.

W rzeczywistości chce pan zdekarbonizować wzrost gospodarczy…

Europa pokazała, że jest to możliwe – od 1990 r. siła nabywcza gospodarstw domowych stale rośnie, podczas gdy nasze emisje spadają. Najwięcej zainteresowania w mediach budzą techno-optymiści uważający, że uratuje nas technologia. Przewidują, że będziemy w stanie produkować bezemisyjną energię elektryczną tańszą niż koszt wydobycia paliw kopalnych. Oczywiście nie jest to niemożliwe, ale zanim to nastąpi, nie możemy sobie pozwolić na bezczynność.

Dlaczego był Pan sceptyczny wobec zwołanej przez Emmanuela Macrona propozycji Obywatelskiej Konwencji Klimatycznej?

Lista proponowanych środków obejmowała zarówno bardzo dobre, jak i wątpliwe czy wręcz demagogiczne pomysły. Pominięto tak istotne kwestie, jak energetyka jądrowa, baterie czy wodór. Spośród 149 propozycji nie przeprowadzono żadnej poważnej oceny wpływu i kosztów. Konwent obywatelski odmówił uwzględnienia wartości węgla. Nie rozumiem też, czemu nie przeprowadzono debaty na temat energii jądrowej.

Jak postrzega Pan tego typu debatę?

Elektryfikacja wielu sektorów gospodarki, takich jak transport i mieszkalnictwo, pociąga za sobą nieunikniony wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną. W tym wypadku inwestowanie w energię jądrową pozwoli na równoważenie rynku elektryczności, jeśli weźmiemy pod uwagę nieregularność dostaw energii wiatrowej i słonecznej oraz brak realnych możliwości w magazynowaniu energii elektrycznej. Moim zdaniem ryzykowne jest dążenie do dekarbonizacji przy równoczesnej rezygnacji z energii jądrowej. Porównanie ilości zgonów po Czarnobylu, z ich liczbą spowodowaną przez przemysł węglowy w Chinach i Polsce wypada na korzyść atomu. Trzeba przeprowadzić rozsądną analizę kosztów i korzyści wynikających ze stosowania energii jądrowej, oszacować ryzyko wypadków przy wytwarzaniu elektryczności różnymi metodami, a także wziąć pod uwagę kwestię składowania odpadów. Ten ostatni problem jest na dobrej drodze do rozwiązania dzięki powstaniu składowiska Bure. Koszty składowania wynoszące 25 mld euro wbrew pozorom nie są wysokie, a w przeliczeniu daje to zaledwie 0,1 centa na kWh energii elektrycznej wyprodukowanej od początku istnienia francuskiej energetyki jądrowej. Także odnośnie do energii wiatrowej trzeba obliczyć koszty negatywnego wpływu na krajobraz, zwłaszcza w gęsto zaludnionych obszarach czy spowodowany tym spadek wartości domów.

Jak ocenia Pan politykę Emmanuela Macrona w zakresie transformacji klimatycznej?

Pomimo żywiołowych protestów „Żółtych Kamizelek” zdołał utrzymać zasadę podatku węglowego, mimo że zamroził jego wysokość. Doceniam też jego próbę podjęcia publicznej dyskusji i wypracowania kompromisów m.in. poprzez Konwent Obywatelski, mimo nikłych rezultatów. W świecie, w którym dominuje utopia szczęśliwej transformacji ekologicznej, przywódcom często trudno jest promować realistyczne rozwiązania. A tymczasem będziemy musieli podjąć wspólny wysiłek, jeżeli chcemy sprostać naszym obowiązkom wobec przyszłych pokoleń.

Więcej artykułów