fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

16.2 C
Warszawa
niedziela, 26 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Skandal, choć wszystko zgodne z prawem…

Jaki skandal tak naprawdę kryje się za Pandora Papers? – opinia z „The Wall Street Journal”

Warto przeczytać

Pandora Papers to niby nowy skandal, ale jednak znamy dobrze wszystkie jego składniki. Nagle okazuje się, że najbogatsi tego świata wydają ogromne kwoty na swoich wyjazdach. Reporterzy tropią takie wydatki i jakimś sposobem – którego nigdy nie poznajemy – wydobywają rachunki z kancelarii i od dostawców usług. Ujawniają sumy w ramach dziennikarskiego śledztwa, które… nie do końca wiadomo, czym miałoby poskutkować.

W samej nazwie Pandora Papers widać pewną desperację, jakby „Washington Post” oraz brytyjskie BBC i „Guardian” liczyły na to, że teraz uda im się „wypuścić z pudełka” starsze rewelacje o podobnych charakterze – choćby Panama Papers z 2016 r. albo Paradise Papers z 2017 r., o których swego czasu było w ich opinii niewystarczająco głośno. Choć za każdym razem, gdy pojawia się podobny „skandal”, reporterzy i komentatorzy domagają się głów, do tej pory chyba tylko premier Islandii Sigmundur Davíð Gunnlaugsson podał się do dymisji po tym, jak nazwisko jego i jego żony pojawiły się w wycieku z panamskiej firmy prawniczej Mossack Fonseca w 2016 r.

Można by więc zastanawiać się, skąd taka powtarzalność schematu. Wydaje się, że tego typu przecieki niewiele nowego mówią odbiorcom. Politycy gromadzą bogactwa, często z niejasnych źródeł. Im więcej dochodów zgarniają, tym bardziej przebiegłych księgowych zatrudniają, by to zatuszować. Państwo, które chce na różne sposoby ingerować w różne dziedziny życia gospodarczego, daje więcej okazji do lobbingu, a finansowanie kampanii wyborczych z datków (jak ma to miejsce m.in. w USA) jest tylko kolejnym narzędziem wpływów i nacisków.

Nie znaczy to jeszcze, że różne przecieki nie mogą być elementem zamierzonej gry politycznej, w której coś ulega destabilizacji. Nie chodzi przecież o to, że przecieki tego typu, czy to w Stanach, czy w Chinach, czy w Rosji, odkrywają przed obywatelami nieznaną im dotąd prawdę. Ale czasem wieloletnie pokłady cynizmu ulegają zapalnej iskrze – jaką jest ta czy inna afera – i wtedy dochodzi do konsekwencji. Dlatego wątpliwe, że premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson ucierpi w znaczący sposób z powodu ujawnienia informacji o finansach jego kampanii wyborczej, ale już pan Gunnlaugsson miał więcej pecha w swoim czasie.

Co jednak ciekawe, to że tego typu rewelacje praktycznie zawsze stają się w mediach argumentem za wyższym opodatkowaniem. Dziennikarze sięgają po komentarze ekspertów – a przynajmniej rzekomych ekspertów, którzy okazują się aktywistami postulującymi podniesienie globalnych podatków, bo jakoś żaden z nich nie wypowiada się na przykład na temat tego, w jaki sposób jakieś służby wywiadowcze mogłyby wykorzystać ujawnienie takich materiałów.

Skandal usiłuje się więc przedstawić jako rażącą niesprawiedliwość polegającą na tym, że przeciętny obywatel płaci kornie narzucane mu podatki, tymczasem najbogatsi tego świata po prostu się od nich uchylają. Problem tylko w tym, że ujawniane w przeciekach i komentowane przez reporterów i ich „ekspertów” materiały zazwyczaj dotyczą operacji zupełnie legalnych, na które zezwalają obowiązujące przepisy podatkowe. Jednocześnie kwoty, które padają, są – w skali globalnego kompleksu podatkowo-przemysłowego – bardzo niewielkie, praktycznie nieistotne.

Dla przykładu: były premier Wielkiej Brytanii Tony Blair wraz z żoną kupili w Londynie nieruchomości, ale by oszczędzić 312 tys. funtów (około 425 tys. dolarów) na podatku, zrobił to poprzez transfer spółki holdingowej offshore. I wydaje się, że prawie pół miliona dolarów to spora kwota, ale jednocześnie rząd brytyjski pożyczył w zeszłym roku podatkowym 321 mld funtów. Zamknięcie luki w kodeksie podatkowym i uniemożliwienie tego rodzaju oszczędności byłemu premierowi i jemu podobnym nie jest zatem żadną odpowiedzią na budżetowe braki.

Wiadomo zresztą, że podatki od transakcji są ekonomicznie nieefektywne. W Wielkiej Brytanii uwalnia się od podatków wiele transakcji korporacyjnych związanych z rynkiem nieruchomości po to, żeby nie powodować zatrzymania rynku kontroli korporacyjnej przez nieefektywny podatek. Brytyjska gospodarka więcej bowiem zyskuje na płynnym rynku, niż traci na opłacie skarbowej od przeniesienia własności gruntu. A to tylko jeden z przykładów. Ile inwestycji należałoby zatrzymać, by zlikwidować wszelkie luki w systemie podatkowym? Żaden aktywistyczny ekspert nie chce tego powiedzieć. Tymczasem luki te nie są przyczyną rosnącego długu publicznego.

Oczywiście inne pytanie należy też zadać klasie politycznej. Skoro korzysta ona z tych licznych luk w prawie podatkowym, to w oczywisty sposób ma świadomość, jak wiele dziur w kodeksie trzeba było stworzyć, by system działał – w miarę – prawidłowo. Czy zatem nie wydaje się logiczne, że prościej byłoby już dawno wprowadzić podatki liniowe?

Wmawia nam się skandal – i może on faktycznie istnieje, ale nie tam, gdzie wskazują media, tylko w zaślepieniu klasy politycznej, która po tylu latach nadal nie może niczego się nauczyć od swoich księgowych.

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię