fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

16.2 C
Warszawa
niedziela, 26 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

„W obliczu zagrożonej tożsamości ludzie często sięgają po przemoc”

Dehumanizacja polityków czyni z nich łatwy cel przemocy – „Washington Examiner” o zabójstwach politycznych w Wielkiej Brytanii

Warto przeczytać

„Są oderwani od rzeczywistości!”, „Nikogo nie słuchają!”, „Niczego nie rozumieją!” – to typowe wypowiedzi adresowane do brytyjskich polityków. Pojawiają się niemal odruchowo. Tyle że nie mają sensu. Bo na czym polega praca przeciętnego polityka? Na rozmowach z ludźmi, rozdawaniu ulotek, odpowiadaniu na e-maile i listy, prowadzeniu gabinetów wyborczych w swoich okręgach. Niewiele jest zawodów, w których kontakt z ludźmi jest częstszy.

I właśnie podczas jednego ze spotkań z obywatelami wieloletni poseł brytyjskiej Partii Konserwatywnej sir David Amess został zamordowany przez nożownika. Nie był karierowiczem, bardziej interesowały go uprzejmość, hojność i niesienie pomocy innym posłom, bez względu na to, z jakiej byli partii. Był powszechnie szanowany i lubiany. Kiedy minął początkowy szok wywołany jego zabójstwem, politycy zaczęli się zastanawiać nad przyczynami, które doprowadziły do takiej tragedii. Czy nie jest to przypadkiem wynik wspomnianego wyżej odruchowego krytykowania polityków, zarzucania im oderwania od rzeczywistości społecznej albo korupcji za każdym razem, kiedy dochodzi do jakiejś różnicy zdań?

Kiedyś zabójstwa polityczne w Wielkiej Brytanii należały do rzadkości. W 1812 r. brytyjski premier Spencer Perceval został zastrzelony przez biznesmena, który uważał, że rząd jest winien upadku jego interesów. 70 lat później zadźgano w Dublinie lorda Fredericka Cavendisha, posła ówczesnego sejmu. Kolejne zabójstwo polityczne miało miejsce 40 lat później, kiedy przed swoim domem zastrzelony został sir Henry Wilson, generał z czasów pierwszej wojny światowej. Dwa ostatnie z tych morderstw przeprowadzili irlandzcy republikanie.

Pod koniec XX wieku częstotliwość tego rodzaju zabójstw wzrosła. W 1979 r. bomba w Westminsterze zabiła Aireya Neave’a, bohatera wojennego. W 1981 r. w gabinecie wyborczym w Belfaście zastrzelono księdza Roberta Bradforda, unionistę z Ulsteru. W 1984 r. podczas zamachu bombowego na konferencji Partii Konserwatywnej w Brighton zginął sir Anthony Berry. W 1990 r. Ian Gow został zabity przez podłożoną w jego samochodzie bombę. To wszystko także sprawki irlandzkich republikanów.

W 2016 r. neonazista dźgnął nożem Jo Cox, teraz do tego tragicznego grona dołączył Amess. To dziewięć ofiar, sześć, jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie 42 lata, dwie w ostatnich pięciu latach. W tym czasie (42 lata) w USA zamordowano 60 polityków, w tym czterech prezydentów.

Należy zatem zadać pytanie, czy to dehumanizacja polityków sprawiła, że częściej są obierani na cel zabójczych ataków? W Wielkiej Brytanii podobnie jak w innych krajach ogólna liczba zabójstw wzrosła w drugiej połowie XX wieku, ale gwałtownie spadła w wieku XXI. Wzrost liczby zabójstw politycznych był więc wyjątkowy na tle ogólniejszej tendencji. Czy to konsekwencja większej agresji i polaryzacji w kulturze politycznej? Przestaliśmy traktować polityków o odmiennych poglądach jako przeciwników, zaczęliśmy – jak wrogów.

Nie należy jednak sprawy za bardzo upraszczać. W końcu akty terroru dokonywane przez irlandzkich republikanów były wynikiem szczególnej sytuacji politycznej. A samotnicy, którzy pod wpływem ekstremistycznych ideologii (białego suprematyzmu w przypadku zabójcy Cox i najprawdopodobniej islamskiego fundamentalizmu w przypadku Amessa) mordują polityków, też nie pojawili się dzisiaj.

Musimy więc podjąć pewną debatę, zanim zechcemy uchwalać nowe prawa. Tymczasem brytyjski poseł Mark Francois wezwał już do wprowadzenia „prawa Davida”, które wymierzone byłoby w anonimowe groźby i inne nadużycia w Internecie. A przecież istnieją już przepisy dotyczące podżegania do przemocy, zresztą trudno zrzucić winę za zabójstwo Amessa na nieprzyjazne wpisy na Twitterze.

Możemy za to zobaczyć, jak sytuacja wygląda w innych zachodnich krajach. Widać wyraźną tendencję do intensyfikacji polityki, która robi się coraz bardziej plemienna i wroga. Wybory są jak walka, w której nie ma miejsca na wielkoduszność. Głosowanie przestało być obywatelskim obowiązkiem czy zaangażowaniem w polityczny kształt państwa, a zaczęło funkcjonować jako element własnej tożsamości.

W takich warunkach łatwo przejść do czynów. W obliczu zagrożonej tożsamości ludzie często sięgają po przemoc. Wcześniej było tak w kontekście plemienia lub religii – dziś religia zanika, a identyfikacja plemienna przenosi się właśnie na grunt polityczny (zamiast etnicznych plemion mamy zwolenników tej albo innej partii).

Chociaż po śmierci Amessa nie poddano krytyce jego poglądów i działań politycznych, to często wyrazy współczucia poprzedzano formułką „Cokolwiek myślisz o jego polityce…”, w pewien sposób podkreślając jego prawicowość i działalność pro-life. I właśnie w tym tkwi największy problem.

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię