26 września 2017 r. prezydent Francji Emmanuel Macron wygłosił na Sorbonie przemówienie, które w jego mniemaniu miało dać początek przebudowy Unii Europejskiej. Jednak ku jego rozczarowaniu nie wywołało ono praktycznie żadnej reakcji w Berlinie. Ówczesna kanclerz Niemiec Angela Merkel – mająca w Europie pozycję tak wysoką, że mogła handlować z Chinami i prowadzić politykę energetyczną z Rosją bez względu na reakcję Francji – świadomie kontrolowała to milczenie. Odpowiedź spadła na jej następcę, Olafa Scholza, a treść tego, co miał do powiedzenia w kwestii Unii, mogła tylko rozczarować Francję.
Scholz zrobił to – między innymi – podczas niedawnego przemówienia w Pradze (29 września) oraz podczas Kongresu Europejskich Socjalistów w Berlinie (15 października). W przeciwieństwie do Francji Niemcy nie chcą pogłębiania unijnych instytucji, przeciwnie: deklarują potrzebę rozszerzania Unii Europejskiej o kolejnych członków. Zdaniem Berlina Unia powinna rozrosnąć się do trzydziestu sześciu krajów, które dołączą do europejskiego rynku, na którym prym wiodą Niemcy, a także do europejskich struktur militarnych, którymi zarządza NATO. Widać w tym, że Scholz kontynuuje agendę swych poprzedników opowiadających się raczej za anglosaskim modelem atlantyckim niż republikańskimi tradycjami leżącymi w sercu Francji.
Przeczytaj także:
- Niemiecka gra na dwa fronty zagraża UE
- Francja i Niemcy odwołały coroczne dwustronne konsultacje rządowe
- Niemcy mogą zaburzyć unijny rynek gazu
Podobne podejście można zaobserwować w działaniach niemieckiej Minister Spraw Zagranicznych Annaleny Baerbock oraz Roberta Habecka, Ministra ds. Gospodarki i Klimatu. To nowe pokolenie wykształcone na zagranicznych uniwersytetach, dla którego Francja i stosunki z nią nie są tak istotne, jak dla pokolenia ich rodziców. Dla nich współczesna Francja to synonim elektrowni atomowych, a z prawdziwym zainteresowaniem patrzą na inne strony świata. Choć teoretycznie opowiadają się za wartościami ekologicznymi i humanistycznymi, bez większych skrupułów wchodzą w relacje z krajami o wątpliwej reputacji, jeśli tylko mogą one poprawić niemiecką sytuację energetyczną.
Francja nie nadąża za tymi zmianami – spodziewają się, że niemieccy politycy w 2022 r. nadal będą czuli się dłużnikami Paryża. Tymczasem wcale tak nie jest. Francja przekonana, że jest światowym mocarstwem, nie zastanawia się nad geopolitycznymi ambicjami Niemiec i ich relacji w regionie Europy Środkowej oraz Wschodniej, a także krajów pozaeuropejskich – leżących w Azji Południowo-Wschodniej lub nad Zatoką Perską.
Francuscy politycy są cierpliwi i uważają, że ich postulaty zostaną w końcu zaakceptowane przez Berlin. Tymczasem Niemcy coraz lepiej i pewniej czują się w swoich interesach z Moskwą czy Pekinem, Pragą czy Dohą.
Dzisiejsza Francja nie może już występować przeciwko Niemcom. Nie ma odwagi odmówić włączenia państw Zachodnich Bałkanów do Unii Europejskiej. Tymczasem Niemcy próbują zacieśnić stosunki z innymi państwami, w tym Hiszpanią, która jest dla nich okazją na nowe dostawy gazu ziemnego i dotarcie do terenów Morza Śródziemnego, na których do tej pory panowała Francja.
Wydaje się, że Francuzi zapomnieli o skokowym charakterze europejskich zmian. Wydają się też nieświadomi tego, że niemiecka polityka weszła już w nową fazę.