Ogłoszony oficjalnie wynik pozostawia Binjaminowi Netanjahu wystarczające pole manewru, by stworzyć „nacjonalistyczny rząd, który będzie dbał o wszystkich obywateli Izraela, bez wyjątku”, co obiecał w noc wyborczą — pisze francuski dziennik „La Croix”.
W związku z tymi wynikami były (i prawdopodobnie przyszły) premier nie czekał na oficjalne poparcie prezydenta Isaaka Herzoga, aby rozpocząć rozmowy na temat budowy swojego kolejnego rządu. To subtelna sztuka, w której lojalność kupuje się za ministerialne teki, a jej celem jest jak najszybsze osiągnięcie porozumienia koalicyjnego. W miarę możliwości do 15 listopada.
Z marginesu do centrum polityki
Zgodnie z arytmetyką wyborczą w skład kolejnej koalicji powinny wejść cztery partie. Trzy są religijne, a dwie z nich to ultraortodoksyjne partie żydowskie, które wykluczają kobiety ze swoich list parlamentarnych. Trzecia — partia religijno-syjonistyczna — jest połączeniem trzech skrajnie prawicowych ugrupowań, którym przewodzą odpowiednio Becalel Smotricz, Itamar Ben-Gewir, jawnie rasistowski żydowski supremacjonista, oraz Avi Maoz, anty-LGBT, który wzywa do zlikwidowania Jerozolimskiej Dumy Gejowskiej.
Przeczytaj także:
- Netanjahu może zmienić izraelską demokrację
- Izrael stosuje zbrodnicze praktyki wobec Palestyńczków
- Izrael jest za – a nawet przeciw
W ciągu dwóch lat partia religijno-syjonistyczna przeszła z marginesu izraelskiej polityki do centrum, podwajając liczbę miejsc w parlamencie i dając Binjaminowi Netanjahu większość. Dziś domaga się ministerstw. Ben-Gewir lobbował na rzecz bezpieczeństwa publicznego, obiecując, że „pokaże Arabom, kto jest prawdziwym panem tej ziemi”. To prawdziwy ból głowy dla Netanjahu, który będzie musiał sobie z nim poradzić bez narażania na szwank legitymacji swojego rządu, zwłaszcza wobec społeczności międzynarodowej, wrażliwej na los Palestyńczyków.
Izraelska prasa już martwi się potencjalnymi sankcjami ekonomicznymi.
Poważne ograniczenie demokracji
„Jako zręczny polityk Binjamin Netanjahu zawsze wolał rządzić, otaczając się przynajmniej jedną umiarkowaną partią” — wyjaśnia Denis Charbit, profesor nauk politycznych na Otwartym Uniwersytecie Izraela.
Jednak — jak podkreśla publicysta „La Croix” — po szesnastu miesiącach spędzonych w opozycji i w związku z toczącym się procesem o korupcję, może tym razem wybrać radykalną koalicję.
„Dominuje pragmatyzm” — mówi z kolei publicysta Jacques Benillouche, bystry komentator izraelskiej polityki. „Netanjahu połączył siły z politykami, którym zawsze był przeciwny, ale potrzebował ich głosów, żeby uniknąć procesu o korupcję” — dodaje.
Jego sojusznicy, na czele z Becalelem Smotriczem, popierają reformę izraelskiego systemu sądowniczego, która mogłaby go faworyzować, ryzykując jednak przy tym poważne ograniczenie izraelskiej demokracji. Chodzi o to, żeby rząd mógł mianować sędziów Sądu Najwyższego i ograniczyć możliwość cenzurowania ustaw przegłosowanych w Knesecie, co uniemożliwiłoby ściganie parlamentarzystów. W ten sposób zakończyłby się proces Binjamina Netanjahu.
Podczas gdy w poprzedniej koalicji było około trzydziestu kobiet, w nowej koalicji jest ich tylko dziewięć — najbardziej radykalnych i religijnych, które kiedykolwiek istniały w Izraelu.
„To prawda, że ta koalicja jest ideologicznie jednorodna, ale Netanjahu może mieć trudności z jej okiełznaniem” — podsumowuje Denis Charbit.