Analityk Bank of America (BofA) Ethan Harris przyznaje, że częstym pytaniem wśród klientów banku jest to, czy w przyszłym roku z większym spowolnieniem spotka się USA, czy strefa euro. Nie jest łatwo na to odpowiedzieć, a samych prognoz jest niemal tyle samo co danych. Zespół Michaela Gapena prognozuje przewidywany roczny PKB dla USA na poziomie -1,5 proc. w trzech pierwszych kwartałach przyszłego roku. Z kolei dla strefy euro Rubén Segura i jego zespół widzą spadek w ujęciu rocznym o 1,2 proc. w czwartym kwartale 2022 r. i 1,6 proc. w pierwszym kwartale 2023 r. Oznacza to skurczenie się PKB o 0,3 proc. w ostatnim kwartale tego roku i 0,4 proc. w pierwszym kwartale przyszłego roku. Ogólny wzrost w przyszłym roku ma wynieść 0 proc. (o 0,3 punktu procentowego mniej niż w poprzedniej prognozie).
Przeczytaj także:
- Czerwona linia globalnej recesji. Europa, USA, Chiny w gospodarczych tarapatach
- Trudna jesień dla Unii Europejskiej. Przed Brukselą mnożą się problemy
- Ożywienie relacji handlowych między USA i UE
Dane nie wyjaśniają, kto stanie w obliczu największego spowolnienia. Harris przygląda się tej kwestii z trzech perspektyw: punktu wyjścia, charakteru szoku i podstaw inflacji. Jego zdaniem większe spowolnienie jest bardziej prawdopodobne w Stanach Zjednoczonych. Amerykańskie PKB szybciej rosło po pandemii, dlatego ma teraz większe pole do spadku. Równocześnie strefa euro wydaje się bardziej wrażliwa na pojawiające się ryzyka. Harris zwraca też uwagę, że USA i strefa euro przed nowym rokiem będą w różnych punktach swoich cykli gospodarczych: w trzecim kwartale 2022 r. USA wzrosły o 0,6 proc., a strefa euro o skromne 0,2 proc. dzięki odporności Niemiec.
„Amerykańska gospodarka jest wyraźnie przegrzana, zwłaszcza ich rynek pracy. Stopa bezrobocia jest nadzwyczajnie niska. Liczba otwieranych miejsc pracy pozostaje znacznie powyżej poprzedniego szczytu. Silny jest też wzrost wynagrodzeń, nie wykazując oznak osłabienia. Większość wskaźników pokazuje, że strefa euro nie w pełni otrząsnęła się z szoku wywołanego pandemią. Stopa bezrobocia jest niska, ale daleko jeszcze do normalizacji liczby przepracowanych godzin do poziomu sprzed pandemii. Tymczasem wskaźnik aktywności zawodowej nadal rośnie. Ponadto większość miar luki produktowej sugeruje, że pozostaje jeszcze pewna wolna przestrzeń, a wzrost płac zwiększył się tylko nieznacznie” – wyjaśnia analityk.
Slaven Nazarov, analityk Crédit Agricole, podsumowuje: „Wzrost aktywności potwierdza, że gospodarka USA nie znajduje się obecnie w recesji. Nie eliminuje to ryzyka jej wystąpienia w najbliższym czasie. Solidne odbicie PKB w ciągu kwartału maskuje osłabienie popytu bazowego. Spowolnienie konsumpcji gospodarstw domowych tłumaczy się wyhamowaniem konsumpcji usług i dalszym spadkiem wydatków na towary. Prywatne inwestycje niemieszkaniowe są w dalszym ciągu hamowane przez inwestycje infrastrukturalne, które spadały przez szósty kwartał z rzędu. Z kolei spadek zamówień na dobra trwałe sugeruje, że ten negatywny trend prawdopodobnie utrzyma się w najbliższych miesiącach”.
Mówiąc o konkretach, Harris wskazuje na inflację. Jak podkreśla, w przypadku Stanów Zjednoczonych „rozgrzany do czerwoności” amerykański konsument odegrał główną rolę w stworzeniu tego globalnego problemu. „W szczytowym momencie w drugim kwartale 2021 r. realne wydatki na towary były o 18 proc. wyższe od ich poziomu w czwartym kwartale 2019 r. Od tego momentu wydatki spadły, ale pozostają powyżej tendencji sprzed pandemii. Słabszy popyt w USA będzie prawdopodobnie nadal schładzał ceny towarów na świecie”.
W Europie problemem jest nadchodzący szok energetyczny. Tego nie muszą się obawiać Stany Zjednoczone, które są praktycznie niezależne energetycznie, gdyż ich eksport jest równy importowi. Wzrost cen przynosi korzyści amerykańskim producentom w takim samym stopniu, jak szkodzi konsumentom – zauważa analityk, dodając, że Europa jest w dużym stopniu uzależniona od najbardziej zawodnego źródła energii na świecie, czyli rosyjskiego gazu ziemnego.
Z powodu ograniczeń w możliwości przemieszczania energii do i z Europy, szok cenowy w zakresie energii jest znacznie gorszy na Starym Kontynencie, zwłaszcza w stosunku do USA.
Jak widać, podstawowe czynniki wpływające na inflację są bardzo różne i wymagają innej reakcji oraz polityki pieniężnej. „Oba regiony stoją w obliczu wysokiego ryzyka wystąpienia efektów drugiej rundy, wynikających ze wzrostu oczekiwań inflacyjnych. Dowody w Europie są jednak słabsze, zważywszy na wciąż umiarkowany wzrost płac. Europa nie musi schładzać swojego rynku pracy, aby obniżyć inflację. Natomiast Rezerwa Federalna musi wykonać brudną robotę polegającą na zmniejszeniu popytu na pracę i dostosowaniu go do podaży. Dodatkowo spiętrzony popyt na pracę w USA sprawia, że schłodzenie rynku pracy jest bardzo trudne. Dlatego Fed musi sobie radzić zarówno z ryzykiem efektów drugiej rundy, jak i efektem pierwszej, jakim jest przegrzany rynek pracy” – mówi Harris.
Oczekuje się, że zacieśnianie przez Fed będzie wyraźnie większe niż w przypadku Europejskiego Banku Centralnego (EBC), co będzie miało pewien wpływ na wzrost. Eksperci BofA widzą stopę końcową Fed w tym cyklu na poziomie około 5 proc., natomiast EBC na poziomie 2,5 proc., choć z „istotnym ryzykiem” osiągnięcia 3 proc.
„Obecnie oba banki centralne poruszają się mniej więcej w tym samym tempie. Fed jednak zaczął wcześniej i prawdopodobnie skończy później” – stwierdził Harris. „Uważamy, że USA czeka nieco głębsza recesja, ponieważ Fed stara się przesunąć gospodarkę z poziomu powyżej do poziomu poniżej potencjału. Jeśli bank centralny chce kontrolować inflację kosztów pracy w odpowiednim czasie, to naszym zdaniem musi doprowadzić do wzrostu stopy bezrobocia w okolice 2 proc.” – dodał. Aktualnie stopa wynosi 3,7 proc., a ostatnia, wrześniowa prognoza Fed przewidywała, że do 2023 r. bezrobocie wyniesie 4,4 proc.
Prognozy innych dużych firm, takich jak BlackRock wyglądają nieco inaczej. Ekonomiści z tego instytutu podkreślają, że z uwagi na kryzys energetyczny recesja w strefie euro będzie głębsza i wystąpi wcześniej. „Wysiłki Europy zmierzające do pozbycia się rosyjskiej energii wywołały gwałtowny wzrost cen. Został on spotęgowany przez Rosję odcinającą dostawy gazu. Unia Europejska wydaje obecnie prawie 12 proc. swojego PKB na energię, co sprawia, że kryzys jest gorszy niż szoki naftowe z lat 70. Nie dotyczy to Stanów Zjednoczonych, które są eksporterem energii netto. Trudno dostrzec jakąkolwiek ulgę dla Europy w ciągu najbliższych dwóch lat, z reglamentacją na horyzoncie” – uważają.
Z kolei Bofa dostrzega w Europie czynniki zachęcające. To m.in. skuteczna koordynacja polityki energetycznej w całym regionie, czy efektywna ochrona i budowa rezerw energetycznych. Inne czynniki to offset fiskalny mający za zadanie złagodzenie szoku energetycznego oraz strukturalne wsparcie fiskalne w celu sprostania wyzwaniom po pandemii. Jednak, jak twierdzą badacze, „Nie możemy wykluczyć dalszej niepewności na rynku energii, spowodowanej nowymi zakłóceniami w dostawach. Europa jest narażona na kryzysy zaufania w przypadku eskalacji wojny na Ukrainie, a do tego zagrożona zimą, chłodniejszą od normalnej”.
Jak zauważa zespół Rubena Segury: „Strefa euro dobrze odrobiła zadanie domowe, zmniejszając popyt na energię i zapełniając magazyny na nadchodzącą zimę. Jednak recesja wydaje się nieunikniona, biorąc pod uwagę skumulowany nacisk na realne dochody oraz potrzebę oszczędności energii i jej racjonowania. Mimo wszystko jednak powinna być ona mniejsza, niż sądzono jeszcze kilka tygodni temu”.
Mimo to niedobór energii związany z zamknięciem na surowce z Rosji stanie się w przyszłym roku jeszcze bardziej dotkliwy. Wyjście z zimowej recesji będzie musiało być nieznaczne. Nie ma bowiem wystarczających zapasów energii, aby pozwolić na swobodny wzrost aktywności, jeśli rządy chcą uniknąć jeszcze gorszej sytuacji zimą 2023/24. Najpewniej więc utrzymają się wysokie ceny, a kompresja realnych dochodów będzie trwała przez cały kolejny rok.