Nowi sojusznicy premiera to zwolennicy niepodległości Katalonii i spadkobiercy ETA. Choć ich postulaty nie są dziś radykalne, to przecież w ostatecznym rozrachunku dążą oni do rozpadu Hiszpanii. Zresztą wraz z nimi są też komuniści i antysystemowcy z Unidas Podemos. Grupy te są przeciwko konstytucji i monarchii.
Ten front wyraźnie zarysowuje się na wyborczym horyzoncie Hiszpanii. Przypomina trochę pakt z Tinnell, który miał izolować PP i stworzyć lewicową większość, ustępując w pewnych kwestiach zwolennikom niepodległości Katalonii. Działania takie w efekcie osłabiają państwo, tworząc z niego dziwną mieszankę konstytucyjną z zanikiem tradycyjnego podziału władz – w Hiszpanii już wyraźnie osłabionego za sprawą przekształcenia władzy ustawodawczej w zwykłą marionetkę premiera, przejęcie władzy sądowniczej, a nawet Trybunału Konstytucyjnego przez partię rządzącą.
Przeczytaj także:
Innym wyraźnym symptomem politycznego rozkładu Hiszpanii jest coraz częstsze stosowanie królewskich dekretów z mocą ustawy – nadzwyczajnego instrumentu, który przerodził się w nowy sposób stanowienia prawa, pomijający Kortezy Generalne.
Ciężko wyjaśnić, czemu PSOE obiera za sojusznika Mertxe Aizpuruę, rzecznika baskijskiego Bildu, który sam uważa, że „rząd wyszedł z założenia, że potrzebuje pluralistycznej większości lewicowej”. W ten sposób mamy już trzeci hiszpański budżet poparty przez spadkobierców ETA. Teraz jeszcze przyłączyli się do nich katalońscy zwolennicy niepodległości. Oczywiście trudno twierdzić, że robią to w imię lojalności konstytucyjnej czy wspólnego dobra. Ich celem jest raczej wzmocnienie się przed kolejną próbą niszczenia hiszpańskiego państwa.
Bildu chce zwiększyć poparcie w Kraju Basków i Nawarze, pozwoli im to przejąć ich rządy. Poprzez socjalistyczne ustępstwa Otegi pragnie zintegrować Nawarrę z Baskonią, choć nie ma to wcale podstaw historycznych.
Wielką porażką Bildu jest wykreślenie podburzania jako przestępstwa – to zielone światło dla katalońskiej niepodległości, podobnie jak ułaskawienia Sądu Najwyższego, które odbiły się głośnym echem wśród hiszpańskiej opinii publicznej.
Republikańska Lewica Katalonii i Razem dla Katalonii każde ustępstwo odbierają jako słabość, która automatycznie ich wzmacnia. Pakt z Tinnell – w czasach kryzysu gospodarczego i instytucjonalnego – doprowadził do nieudanej próby rozłamu konstytucyjnego. Teraz sytuacja może się powtórzyć, bo i warunki są podobne. Kryzys ma zasięg globalny, ale dekompozycja hiszpańskich instytucji jest dziełem polityków działających krótkowzrocznie.
Być może w Hiszpanii nie dojdzie do powstania centroprawicowego rządu, bo zapobiegnie mu strategiczny sojusz z komunistami, antysystemowcami i katalońskimi niepodległościowcami. Oznaczałoby to jednak przesunięcie rządów w stronę radykałów zagrażających konstytucji. Obecne socjaliści nie mają szans na powtórzenie wyborczych sukcesów Felipe Gonzáleza czy choćby Zapatero, co oznacza, że muszą szukać sojuszników. Problem w tym, że uzależniają się od takich polityków jak Iglesias, Otegi, Junqueras czy Puigdemont. To już nie są czasy sojuszów z Izquierda Unida, PNV czy CiU. Wtedy popełniano błędy, ale stawką nie była konstytucja czy państwowość. Rządów nie sprawowano też za pomocą królewskich dekretów, a o ustępstwach rozmawiano z główną partią opozycyjną. Teraz nie ma nawet miejsca na rozmowy – chodzi tylko o konfrontację i dyskwalifikację.
Lewicowy front to katastrofa dla Hiszpanii, z którego nie może wyniknąć nic dobrego dla tego kraju.