Drogi Unii Europejskiej oraz jej głównego sojusznika, czyli Stanów Zjednoczonych, zaczynają się rozchodzić. Jak poinformował serwis Politico, wysocy rangą urzędnicy europejscy oskarżyli USA o bogacenie się na wojnie kosztem Starego Kontynentu. Bruksela jest zaniepokojona wysokimi cenami energii, handlem bronią, amerykańską pomocą dla własnych firm i ofertami dla firm europejskich dotyczącymi zakładania tam sklepów. Niepokoi to także kluczowe ministerstwa w takich krajach jak Francja i Niemcy.
Chwilę europejskiej słabości dostrzegają też Chińczycy. Zdaniem Pekinu Europa, aby być niezależną, musi uświadomić sobie wartość sprawiedliwego i wolnego środowiska handlowego.
Amerykański protekcjonizm, który nasilił się wraz z wojną w Ukrainie, niesie ze sobą pokusę, by podobnie działała UE. Chiny za pośrednictwem swoich mediów proponują inne wyjście. Zauważa się tam, że Europa w wyniku wojny znalazła się między niedoborem energii a wysoką inflacją. A to może ją skłonić do obrania drogi USA opisywanej przez chińskie media jako „strategiczną pułapkę protekcjonizmu”.
Przeczytaj także:
- Chiny walczą z dominacją USA. Chcą wielobiegunowego porządku świata
- Czerwona linia globalnej recesji. Europa, USA, Chiny w gospodarczych tarapatach
Europa, aby być niezależną, musi podążać za swoimi interesami i jeszcze bardziej uświadomić sobie „wartość sprawiedliwego i wolnego środowiska handlowego”. Być może jest to czas, by UE jeszcze bardziej broniła i promowała globalizację.
To atrakcyjny przekaz szczególnie dla Niemiec oraz wielu ludzi, którzy chcieliby pozostać w starej epoce. Pokusa oparcia się deglobalizacji, do czego zachęcają Chiny, jest ogromna. Ma to też wymiar pragmatyczny. Relacje handlowe Europy z Pekinem są bardzo silne. Niemożliwe jest ich szybkie przerwanie, a w interesie kilku krajów leży utrzymanie tej korzystnej relacji. W Berlinie słowa Chin muszą wybrzmieć głośno i wyraźnie, zwłaszcza teraz, gdy utrata rosyjskiej energii zmusza je do poważnego wysiłku. Osłabienie relacji z Państwem Środka byłoby dodatkowym elementem presji, akurat w szczególnie trudnym momencie.
Stare argumenty, nowe cele
Nie dotyczy to jedynie Europy. Handel jako motor globalnego wzrostu, w obliczu kontrproduktywnego protekcjonizmu, jest korzystny dla krajów, które są ściśle związane z gospodarką Chin.
Argumenty Pekinu są w zasadzie takie same, jak używane wcześniej na Zachodzie: „Bariery mogą chronić krajowy przemysł na krótką metę, ale w dłuższej perspektywie przyniosą efekt odwrotny do zamierzonego. Stosowanie protekcjonizmu przez wszystkie kraje w celu ochrony własnych przedsiębiorstw doprowadzi światową gospodarkę do stagnacji”. Można to podsumować stwierdzeniem, że „kierowana przez USA fala antyglobalizacyjna jest egoistyczna i nieodpowiedzialna wobec gospodarki światowej”.
Jest to więc starcie pomiędzy USA, które starają się powstrzymać globalizację, a Chinami, które chcą ją utrzymać przy życiu jak najdłużej. Reżim Xi Jinpinga wie, jaki komunikat chciałaby usłyszeć Europa i chętnie go dostarcza.
Oba kraje mają nastawienie globalistyczne na zewnątrz i protekcjonistyczne wewnątrz.
To wszystko to rodzaj pułapki zastawionej przez obie strony. Chiny opowiadają się za globalizacją na zewnątrz, ale uparcie stosują środki protekcjonistyczne. To zarówno rozwój własnych firm z kapitałem państwowym oraz przewagą konkurencyjną, jaką im to daje, jak i zamknięcie swoich rynków dla amerykańskich firm technologicznych (Amazon i Google działają tam w szczątkowym wymiarze). To również kontrola własnego rynku w wielu sektorach czy średnio- i długoterminowe plany rozwoju, które realizują uparcie i z godnym uwagi sukcesem. Choć zewnętrze Chiny są globalistyczne, to wewnętrznie wydają się protekcjonistyczne.
Takie samo jest stanowisko USA. Najważniejszy jest dla nich rozwój wewnętrzny, ochrona swojego rynku i pomoc dla własnych firm. Równocześnie współgra to z chęcią ekspansji zewnętrznej, która działa poprzez sprzedaż energii i broni oraz rozwój amerykańskich firm technologicznych i finansowych.
W tym kontekście Europa jest przegrana. Nie dość, że USA wywierają presję za pomocą środków protekcjonistycznych i podwyżek stóp, to jeszcze tamtejsze spółki finansowe próbują wykorzystywać sytuację. Dzięki trudnościom ekonomicznym europejskich firm mogą je nabyć po stosunkowo niskiej cenie. Sprzyjają również inwestycjom zagranicznym w swoim kraju. Przykładowo hiszpańska Iberdrola zainwestuje w Stanach Zjednoczonych dużą część zysków osiągniętych w Europie. Chiny z kolei próbują jeszcze ściślej związać UE ze swoją orbitą handlową. To sposób na uzyskanie przewagi w swoim globalnym rozwoju, przy zastosowaniu rozsądnego dyskursu.
Unia Europejska znajduje się w centrum tego wszystkiego. Zdaniem hiszpańskiej gazety, należy zdecydować jaką rolę chcemy odgrywać w nowym scenariuszu. Czy zamierzamy się wzmocnić i czy chcemy pozostać obszarem zamożnym, o rozsądnym poziomie życia i wpływach na międzynarodowy porządek? Przy twierdzącej odpowiedzi nie ma innego wyjścia, jak tylko zapomnieć o przepisach, z którymi żyliśmy przez 30 lat. Tych, które budowały globalny świat. To wymaga podjęcia działań w nowej rzeczywistości i będzie potrzebowało czasu na zmiany, głównie dotyczące mentalności.