Wprowadzenie programu 500+ było chyba jedną z najbardziej krytykowanych decyzji po 89’ roku. Na przełomie 2015 i 2016 roku oponenci obecnej władzy aż kipieli ze złości na samą myśl o tym realizacji tego projektu. Minęło już kilka lat, więc nie wszyscy mogą pamiętać, warto zatem przypomnieć te wszystkie drwiny i niewybredne komentarze. A to, że wspierana będzie patologia, a to że nad Bałtykiem zaroiło się od ludzi i przez to wypoczynek nie jest taki fajny jak kiedyś, a to że to rozdawnictwo i w maksymalnie dwa lata Polska zbankrutuje, tak jak Grecja. Tym i podobnym uwagom nie było końca. Odliczano dni do upadku finansów państwa, przytłoczonych kosztami wsparcia dla rodzin. Nic z tych zapowiedzi się nie ziściło. Nie doszło do krachu budżetowego ani rozkwitu patologii. Udało się za to wyeliminować ogromne obszary biedy. Fakt, mamy problem z dzietnością, ale wydaje się, że nie to było głównym celem 500+. Co warto nadmienić, w początkowym okresie jego obowiązywania, udało się zahamować negatywne tendencje demograficzne. Niemniej program miał przede wszystkim cel społeczny. I wydaje się, że znakomicie spełnił swoją rolę, umożliwiając tysiącom polskich rodzin dostęp do dóbr i usług, które przedtem były poza ich zasięgiem finansowym.
Niedawno wobec programów społecznych wprowadzonych przez PiS pojawił się kolejny zarzut, mianowicie owo „rozdawnictwo” napędza inflację i trzeba z nim skończyć. Takie tezy głoszą kojarzeni z opozycją ekonomiści, dla których obecne rządy to pasmo błędów w polityce gospodarczej. Nie ma bowiem prywatyzacji wszystkiego, co da się sprywatyzować ani likwidacji transferów społecznych, które zdaniem krytyków, natychmiast należy zlikwidować. W tym kontekście zastanawiająca jest postawa głównej partii opozycyjnej, czyli Platformy. Z jednej strony narzeka ona na politykę gospodarczą PiS-u, z drugiej zapewnia, że jak dojdzie do władzy, to praktycznie nic nie zmieni. PO obwinia rząd za inflację, pomrukuje na 500+ jako wsparcie nieskuteczne, a zatem de facto niepotrzebne, jednak na pytania o wstrzymanie wypłat tych świadczeń odpowiada negatywnie. W zasadzie to samo dotyczy przyznawania 13. i 14 emerytury.
Doszło nawet do tego, że lider PO Donald Tusk zaczął przekonywać opinię publiczną, że to ta partia wymyśliła 500+, zaś Grzegorz Schetyna to samo mówił o 13. emeryturze. Te same programy są zatem rozdawnictwem, napędzają inflację, nic nie przynoszą, są kiełbasą wyborczą i kupowaniem głosów, a jednocześnie wymyśliła je Platforma, zaś jej politycy starają się zapewniać, że nie zablokują owych świadczeń w przyszłości. Czy ktoś cokolwiek z tego rozumie? Rzeczywiście chyba nie da się tego zrozumieć, bo nie zgadza się to z elementarną zasadą logiki, jaką jest zasada sprzeczności. Głosi ona, ze dwa sprzeczne ze sobą zdania nie mogą być prawdzie. Otóż, jak widać w polityce nie każdy przejmuje się logiką. Ta jednak nie daje o sobie zapomnieć, kiedy zatem wraca temat programu gospodarczego PO, pojawiają się też poważne wątpliwości. Od dawna bowiem wiadomo, że akurat ta formacja na przedstawianie swoich propozycji dotyczących np. gospodarki stawia niespecjalnie. To o tyle problematyczne, że po wyborach, w razie wygranej, będzie mogła wcielać w życie dowolne rozwiązanie i udawać, że przecież od początku taki był jej program.
Cel takiego działania wydaje się oczywisty, nie zrazić do siebie żadnej z ważnych, z punku widzenia wyborczego, grup społecznych. A zatem dla emerytów jest przekaz o utrzymaniu dodatkowych świadczeń, dla rodzin z dziećmi o kontynuowaniu 500 plus, dla zagorzałych przeciwników PiS zapewnienia o tym, że jak dojedzie się do władzy, to skończy się rozdawnictwo. To, że nie ma to najmniejszego sensu, i że wszystkiego naraz nie da się zrobić, jest zupełnie jasne. Nie o to wszak chodzi, aby jasno mówić o swoich przyszłych zamierzeniach, zdają się kalkulować liderzy Platformy. Myślę zresztą, że w PO faktycznie nie ma żadnego programu związanego z gospodarką. Tam działa się raczej ad hoc, pod wpływem sondaży czy bieżących społecznych nastrojów. Zatem w zależności od tego, do kogo się mówi, taki przekaz jest stosowany.
Pytanie, jak długo można działać w ten sposób i czy dla ludzi będzie to do zaakceptowania. Widomo, że zaufanie społeczne do polityków jest niskie, nie oznacza to jednak, że można non stop sobie przeczyć i liczyć na to, że nie będzie z tego problemów. Szczególnie kiedy dojdzie do debat i bezpośrednich pytań o kwestie programowe. Uniki i chowanie się za zasłoną dymną sprzecznych komunikatów może wówczas nie wystarczyć.