fbpx
17 kwietnia, 2026
Szukaj
Close this search box.

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Czy zagrożenie dla demokracji w Izraelu może wywołać wojnę domową?

Redakcja
Redakcja

Nowy Świat 24 | Redakcja

Są dwa sposoby na powiedzenie „wojna domowa” po hebrajsku. Dokładniejsze i bardziej techniczne tłumaczenie tego terminu to milchemet ezrachim – wojna cywilów lub obywateli. Drugi termin, bardziej dosłowny, to milchemet achim – wojna braci. To właśnie ten termin był używany przez izraelskich przywódców w przeszłości, aby ostrzec przed ewentualnym bratobójczym konfliktem.

Były premier i prawicowy polityk Menachem Begin dwukrotnie powiedział „nie będzie wojny braci”. Po raz pierwszy w listopadzie 1944 r., kiedy żydowska organizacja paramilitarna Hagana przekazała członków jego podziemnej milicji Irgun brytyjskiej policji mandatowej. I ponownie w czerwcu 1948 r., kiedy należący do Irgunu statek Altalena – wiozący broń i ochotników z Europy – został ostrzelany i zniszczony przez Siły Obronne Izraela u wybrzeży Tel Awiwu. Było to wynikiem podejrzeń ówczesnego premiera Dawida Ben-Guriona, że to część planu Irgunu, mającego na celu przeprowadzenie wojskowego zamachu stanu.

Ten moment, niespełna sześć tygodni po powstaniu Izraela, był najbliższy wojnie domowej w tym kraju. W noc po zatonięciu Altaleny Begin nadał na kanale radiowym Irgunu: „Nie otworzymy ognia. Nie będzie wojny braci, gdy wróg jest u bram”. Odrzucił w ten sposób nalegania, niektórych dowódców Irgunu, by zbrojnie walczyć z rządem. Irgun przyjął jego rozkazy, złożył broń, a Begin, lider Herutu, a potem Likudu, po wielu przegranych wyborach został ostatecznie premierem 29 lat później.

Teraz przyszła kolej na Benny’ego Gantza – jeszcze dwa tygodnie temu ministra obrony, a obecnie już tylko lidera innej partii opozycyjnej. Ostrzega on premiera Binjamina Netanjahu, że jeśli jego rząd nadal będzie się starał ograniczyć władzę Sądu Najwyższego i izraelską demokrację, to spocznie na nim odpowiedzialność za „wojnę braci”. A przecież kilka dni wcześniej ten sam Benny Gantz upominał swoich kolegów z opozycji za zakłócanie przemówienia inauguracyjnego Netanjahu. Plan ministra sprawiedliwości Jariwa Lewina, by zreformować system sądowniczy, sprawił, że bardzo szybko zmienił zdanie.

Od czasu zatonięcia Altaleny zdarzały się momenty napięć, gdy uzbrojone grupy próbowały podważyć autorytet państwa, ale zawsze unikano wojny domowej.

W niemal każdej dekadzie istnienia Izraela pojawiały się zaczątki zbrojnego powstania. W latach 40. była to Altalena. W latach 50. Brit HaKanaim (Przymierze Zelotów), religijne podziemie, które planowało obalenie świeckiego rządu. Były też zamieszki przeciwko umowie o reparacjach z Niemcami Zachodnimi, którymi kierował Begin.

W 1967 r. grupa generałów dyskutowała o przejęciu władzy, jeśli premier Lewi Eszkol nie wyda rozkazu do przeprowadzenia wyprzedzającego ataku na Egipt. W latach 70. i 80. istniało „żydowskie podziemie” osadników przeprowadzające ataki terrorystyczne na Palestyńczyków. Planowali oni wysadzenie meczetów na Górze Świątynnej w nadziei na powstrzymanie procesu wycofania się z Synaju. Był to warunek porozumienia pokojowego z Egiptem.

W latach 90. doszło do kolejnych ataków skrajnej prawicy, które miały zapobiec porozumieniom z Oslo. Najpierw zamordowano Palestyńczyków, a potem izraelskiego premiera. Jednak nawet po zabójstwie Icchaka Rabina w 1995 r. Izrael nie był blisko wojny domowej.

Społeczne napięcia pojawiły się również w miesiącach poprzedzających wycofanie się ze Strefy Gazy i osiedli w północnej Samarii latem 2005 r. Dochodziło do licznych antyrządowych protestów. Równocześnie pojawiały się obawy o palestyńskie powstanie lub masowy bunt w Siłach Obronnych Izraela (IDF), czy sabotaż infrastruktury. W pewnym stopniu te obawy się sprawdziły. Zamordowano kilku Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu, kilkudziesięciu żołnierzy odmówiło wykonania rozkazów, a niektóre drogi w Izraelu zostały zablokowane. Pod zarzutem planowania podpalenia aresztowano wówczas aktywistę, który obecnie jest ministrem finansów Izraela. Do żadnej rewolucji jednak nie doszło. Większość osadników odeszła z własnej woli lub dała się wyciągnąć z domów. W kilku miejscach czynny opór polegał głównie na rzucaniu farbą i zakończył się w ciągu kilku godzin.

Przeczytaj także:

Także obecnie do wojny domowej raczej nie dojdzie, nawet jeśli plan Lewina zada cios izraelskiej demokracji. I nie chodzi o to, że bratobójczy konflikt jest nie do pomyślenia. Zdarzało się to zarówno innym narodom, jak i Żydom. Jednak do wojny domowej potrzebna jest wystarczająco potężna i duża grupa ludzi, by podjąć ryzyko wszczęcia zbrojnego powstania. Tego w Izraelu nie ma.

Tradycja IDF słuchania rozkazów wybranych polityków jest wciąż silna. Poza tym obie możliwe strony potencjalnego konfliktu są dobrze reprezentowane w jej szeregach.

Kto jeszcze mógłby się liczyć? Policja to w najlepszym wypadku zdezorganizowany motłoch. Natomiast liczba ideologicznie zmotywowanych osadników, gotowych zaryzykować walkę jest niewielka. Mogą oni zastraszać swoich palestyńskich sąsiadów, ale pełna rewolta jest poza ich zasięgiem.

Siły prodemokratyczne w izraelskim społeczeństwie pójdą na marsze protestacyjne, ale nie na ciężkie starcia z policją. Mają zbyt wiele do stracenia. Gwałtowne protesty społeczności ultraortodoksyjnej, takie jak podczas pandemii COVID-19, są jedynie symboliczne.

Izraelscy Arabowie z pewnością nie pójdą na wojnę za demokrację, która traktuje ich w najlepszym razie jak obywateli drugiej kategorii. Nawet kiedy zamieszkiwali w solidarności ze swoim palestyńskimi sąsiadami na Zachodnim Brzegu i w Jerozolimie (jak to miało miejsce w październiku 2000 i maju 2021 r.), wybuchy przemocy były krótkotrwałe i ograniczone. Oni również mają zbyt wiele do stracenia.

Pomimo wszystkich problemów Izraela, życie tutaj wciąż stoi na wysokim poziomie. Żadna izraelska społeczność nie będzie ryzykować wojny domowej. Utrata tego, co pozostało z kruchej i ograniczonej demokracji Izraela, będzie strasznym ciosem dla wielu, może nawet większości. Jednak nie będzie to warte pójścia na prawdziwą wojnę. Przeważająca większość obywateli będzie czuła, że wciąż mogą stracić coś więcej niż tylko demokrację. Zwłaszcza że takiej wojny nie da się wygrać.

Być może to równanie zmieni się w postdemokratycznym Izraelu. Możliwe, że kolejne pokolenie zaryzykuje, gdy jakiś religijno-nacjonalistyczny rząd pójdzie znacznie dalej niż obecny i zagrozi sposobowi życia świeckich Izraelczyków. Jednak w tym momencie utrata Sądu Najwyższego nie utrudni życia świeckim Izraelczykom z klasy średniej w żaden bezpośredni lub natychmiastowy sposób. Jeśli filary demokracji zostaną obalone, to część dalej będzie się cieszyć komfortowym życiem w Tel Awiwie. A inni wyemigrują.

Benny Gantz ma rację. Jeśli w Izraelu dojdzie do wojny domowej – wojny braci – w dużej mierze będzie to odpowiedzialność Netanjahu. Jeśli jednak nie będą żyli po 120 lat, żaden z nich nie będzie w pobliżu, kiedy w końcu do tego dojdzie.

Przeczytaj także:

NAJNOWSZE: