fbpx
12 maja, 2026
Szukaj
Close this search box.

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Niemiecka iluzja – dlaczego usprawiedliwiają Rosję?

Redakcja
Redakcja

Nowy Świat 24 | Redakcja

Olaf Scholz podczas posiedzenia Europejskiej Wspólnoty Politycznej

Po tym, jak w 1990 r. doszło do połączenia Niemiec Zachodnich i Wschodnich, zjednoczony kraj przeżył wspólny zachwyt Rosją. Odbyło się to kosztem państw leżących między nimi, takich jak Litwa, Łotwa, Estonia czy Polska. To one straciły najwięcej na wcześniejszym sojuszu niemiecko-rosyjskim, tym z 1939 r. Jednak nie przeszkodziło to w latach 90. politykom nowych Niemiec kierować się nieodpowiedzialną chciwością, skrytą pod płaszczykiem „świętoszkowatości”. Dlatego nie pomagali młodym wschodnim demokracjom dostać się do Unii Europejskiej czy NATO. Zamiast tego zawierali lukratywne umowy z Kremlem, których efektem były przede wszystkim dwa gazociągi Nord Stream.

Dla Niemiec wydawało się niezrozumiałe, że w ten sposób dokładają cegiełkę (lub kilka) do odbudowy rosyjskiego imperializmu. To przez samozadowolenie Berlina rosyjscy bandyci, szpiedzy i oszuści mogli swobodnie uskuteczniać swoją działalność – czy chodziło o wykradanie tajemnic państwowych, czy o mordowanie krytyków, czy wreszcie o budowanie propagandowych bastionów i stref wpływów w Niemczech. W tym kontekście mało zaskakująca jest niedawna informacja, że oficera Bundesnachrichtendienst, czyli niemieckiego wywiadu zagranicznego, aresztowano pod zarzutem szpiegostwa dla Moskwy.

Ta geopolityczna i historyczna ślepota są ze sobą związane. Europejskie powstania z lat 1988-1991 doprowadziły do obalenia komunizmu, ale były podbudowane uczuciami patriotycznymi, a na nie Niemcy miały alergię – po tym, jak bardzo nacjonalizm został nadużyty przez Hitlera i jego nazistowską ideologię. Dlatego Niemcy pod nosem nazywali Europejczyków ze Wschodu „nacjonalistami”, choć jednocześnie ignorowali znacznie większy i groźniejszy nacjonalizm rosyjski.

W swoim zadufaniu Niemcy uważali nawet, że zimna wojna dobiegła końca dzięki prowadzonej przez nich w latach 70.  80. Ostpolitik, czyli polityki wschodniej. Skupiała się ona na zbliżeniu do bloku sowieckiego i budowaniu zaufania i porozumienia ze Związkiem Radzieckim. Zresztą Związek Radziecki zgodził się na zjednoczenie Niemiec i wycofał z nich swoją armię. Jak mogli więc podchodzić sceptycznie do dobrodusznej Rosji?

Po II wojnie światowej Niemcy niechętnie wydawali swoje pieniądze na wojsko, a w 2005 r. obcięli jego finansowanie o połowę, przeznaczając na armię zaledwie 1 proc. swojego PKB. Niemieccy politycy przekonywali, że dziś konflikty należy rozwiązywać dialogiem, a nie przemocą. Byli przekonani, że aby uniknąć konfliktów, wystarczy zwiększyć poziom handlu i wysokość inwestycji. W końcu Rosja nie miałaby interesu w atakowaniu swoich klientów. Teraz już wiemy, do czego to prowadziło. Dziś Niemcy próbują uniezależnić się od rosyjskich dostaw energii, ale robiąc to, popadają w kolejną zależność – od Chin.

Dla równowagi w Niemczech mieliśmy też wszechobecne nastroje antyamerykańskie. Dzięki temu szerzył się „whataboutism” pozwalający usprawiedliwiać nieetyczne czy niemoralne działania Rosjan. Kiedy tylko mówiono o wadach reżimu Putina, Niemcy wypominali amerykańskie wojny w Iraku lub Afganistanie. Do tego dochodziły amerykańskie nadużycia w sferze bezpieczeństwa wewnętrznego (przez co spora część Niemców traktowała Edwarda Snowdena jak bohatera, ponieważ będąc pracownikiem amerykańskiej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, ujawnił tajne wewnętrzne informacje, po czym prosił Rosję o azyl), a także kontrowersyjni przywódcy, tacy jak George W. Bush czy Donald Trump.

Przeczytaj także:

Niemcy wciąż dokonują samoudręczenia z powodu zbrodni nazizmu, ale zapominają o tym, że Ukraina poniosła więcej strat w drugiej wojnie światowej niż tereny, które dziś należą do Rosji. Ignorancja historyczna Niemców uniemożliwia im wyciągnięcie właściwych wniosków z lekcji przeszłości i zastosowanie do obecnej sytuacji geopolitycznej.

Przykładem może być wieloletnie potępianie porównywania Związku Radzieckiego do Trzeciej Rzeszy. W Niemczech uważano to za próbę relatywizowania Holokaustu. Przez pewien czas tego typu historiozofia uprawiana była tylko w mniej popularnych kręgach, ale pod koniec lat 80. wezbrał głośny Historikerstreit, to znaczy „spór historyków”, który wprowadził tę kwestę do politycznego mainstreamu. Dzisiaj widzimy podobny absurd – choć rosyjski reżim Putina pod wieloma względami wpisuje się w wyznaczniki faszyzmu, Niemcy bronią unikalności własnej historii. Tak jakby dawne krzywdy, jakie zaznała Rosja z niemieckich rąk, chroniły ją dzisiaj w sposób, w jaki nie jest chroniona Ukraina. Ta bowiem praktycznie nie istnieje w Niemieckiej pamięci historycznej, więc staje się dziś dla Niemców niewidzialna.

W lutym chwilę przed tym, jak Rosja napadła na Ukrainę, niemiecki rząd kanclerza Olafa Scholza zaoferował Ukrainie „pomoc wojskową”. Jego propozycja spotkała się jednak z rozbawieniem, ponieważ w praktyce dotyczyła przekazania 5 tys. hełmów.

Po tym, jak kilka dni później Rosja najechała Ukrainę, Scholz ogłosił Zeitenwende – „zmianę epoki”. Polegała ona między innymi na zwiększeniu niemieckiego budżetu obronnego o 100 mld euro. Większość niemieckiej sceny politycznej – z wyjątkiem skrajności z prawej i lewej sceny – zaczęła wspierać Ukrainę. Niemieckie społeczeństwo zorganizowało przyjęcie setek tysięcy uchodźców z zaatakowanego kraju. Zmiana wydawała się ogromna.

Tyle że to tylko obietnice i gesty. W praktyce niewiele czasu minęło, a niemiecki rząd już zaczyna wycofywać się z deklarowanego szybkiego zwiększenia wydatków na obronność i zapowiadane 2 proc. PKB może zostanie osiągnięte, ale nie przed 2025 r. Urzędnicy tłumaczą to niewydolnością systemu zamówień publicznych, który nie dałby rady przepuścić dwa razy tyle środków, co obecnie.

Scholz zresztą już wygłasza publicznie tęsknoty za „przedwojennym porządkiem pokojowym” w Europie. Jednak to tylko pokazuje, w jak wielkiej żyją iluzji – kanclerz Niemiec i obywatele tego kraju. Bo wbrew temu, co może im się wydawać, ostatnie dekady wcale nie były oazą bezpieczeństwa, stanowiły tylko strategiczną przerwę, podczas której Niemcy konsekwentnie ignorowały nadchodzące zagrożenia ze strony Rosji i Chin.

Przeczytaj także:

NAJNOWSZE: