Zarówno wewnętrzne problemy Pierwszej Rzeczypospolitej z przełomu XVII i XVIII wieku, jak i nierówności gwałtownego rozwoju Zachodniej Europy tego samego czasu w swym głębokim tle miały kryzys chrześcijaństwa. Oczywiście, ono nadal istniało oraz rodziło świętych, jednak w skali kontynentu stało się miałkie i jakby nieobecne, pozostając w służbie tych, którzy sprawowali władzę polityczną. Tworzenie się Oświecenia oraz rewolucja naukowo techniczna odbywały się przy nieobecności chrześcijaństwa, i to im zaszkodziło. Jeżeli dziś Polska bywa nazywana parszywą owcą w stadzie europejskim jako taka krnąbrna i krytykancka, to pokazuje, iż w skali całego kontynentu doszło do zagubienia mądrości. Chęć wyeliminowania tego, kto ma odmienną opinię, znamionuje nie tylko upadek przykazania miłości bliźniego, ale i tradycji republikańskich sięgających Peryklesa i Cycerona.
Gdy pytać europejskich naukowców, co takiego sprawiło, iż na pewien czas Europa zapanował nad całym światem, najczęściej wskazują na europejski mechanizm rywalizacji, który ukształtował ekspansywne mocarstwa kolonialne. Ciekawe, że inne odpowiedzi dają naukowcy zatrudniani przez rząd Chińskiej Republiki Ludowej. Ci wskazują na chrześcijaństwo jako odpowiedzialne za niezwykłość, odmienność drogi europejskiej.
Gdy uważnie przyjrzeć się naszej historii, to rzeczywiście zauważamy, jak bardzo chrześcijaństwo nauczyło Europejczyków owocnej współpracy ponad podziałami, różnicami oraz konfliktami interesów. Europa stała się raczej kontynentem współpracy niż rywalizacji, choć i ta ostatnia odegrała swą korzystną rolę. Jednak i dla rywalizacji chrześcijaństwo nadawało ramy etyczne, przez co z potencjalnej siły niszczycielskiej przeradzała się ona w wyścig fair play.
W długiej skali historii Europy ten czas, gdy mocarstwa kolonialne podbijały świat, wcale nie musi być nazwany okresem największego triumfu. W znacznym stopniu to był czas odchodzenia od zasad chrześcijaństwa, co na krótką metę nawało ogromne zyski, jednak na długą metę zakończyło się tym, jak dzisiejsze ruchy lewicowe burzą pomniki białych kolonizatorów. Przełom XVII i XVIII wieku to czas, gdy wzgardzono Ewangelią, zaś wdrażano azjatyckie despotyczne wzory brane ze Stambułu oraz Moskwy. Szczęśliwie, to była tylko jedna z warstw w ramach europejskiej różnorodności, a nigdy nie zanikły tradycje rzeczywistej demokracji oraz współpracy ponad podziałami. Trzeba jednak wspomnieć, że ta despotyczna warstwa nadal jest obecna w myśleniu Zachodu, a dziś wyraża się w protekcjonalnym podejściu do środkowo wschodniej części kontynentu, stanowiącej swego rodzaju nową strefę kolonialną. Gdy Polskę szkaluje się jako parszywą owcę w europejskim stadzie, to właśnie za krytykowanie owego nadal obecnego post-azjatyckiego despotyzmu.
Przełom XVII i XVIII wieku był czasem nadzwyczaj ciekawym, bo wtedy rodziły się eksperymenty wdrażania zasad Ewangelii wbrew stanowisku biskupów. Jedne z tych eksperymentów były bardziej, inne mniej udane. Najważniejszy z nich miał miejsce na atlantyckim wybrzeżu Ameryki Północnej, na terenie ówczesnych kolonii angielskich, które z czasem wywalczyły swoją niepodległość. Osiedlali się tu osadnicy, którzy uchodzili spod feudalno- burżuazyjnej władzy monarchii europejskich i odnajdywali tu niezwykłe pole wolności. Z jednej strony mieli do swej dyspozycji bardzo żyzne gleby oraz liczne bogactwa kraju, jednak z drugiej strony musieli się przeciwstawić wielkim wyzwaniom klimatycznym, charakterystycznym dla panującej epoki globalnego ochłodzenia. W Europie mieliby nad sobą aparat biurokratyczny narzucający swe decyzje, zaś w Ameryce byli zdani wyłącznie na własne siły. I to ich nauczyło niezwykłej amerykańskiej współpracy, zawsze z towarzyszącą jej zdrową rywalizacją. Równowaga współpracy i rywalizacji to klucz do zrozumienia sukcesu Stanów Zjednoczonych. Zaś u korzeni tego kraju znajdowali się purytańscy osadnicy angielscy, uciekający spod władzy biskupów anglikańskich i z całym głębokim przekonaniem starający się budować zręby Królestwa Bożego. To właśnie religijny klimat narzucany przez tych purytanów pozwolił na samoorganizację społeczeństwa i z czasem uzyskanie niepodległości.
Na przełomie VIII i XIX wieku, gdy Europą władała stara arystokracja feudalna przeradzająca się w nową arystokracje burżuazyjną, miały miejsce zaczątki interesującego braterstwa polsko- amerykańskiego, czego symbolami stali się Kazimierz Pułaski i Tadeusz Kościuszko. Nie byli oni jedynymi aktorami tego braterstwa. Gdy John Smith w początkach XVII wieku organizował osadę Jamestown, sprowadził do niej Polaków, którzy bardzo się przyczynili do jej gospodarczego rozwoju. Aż do czasów wielkiej emigracji z przełomu XIX i XX wieku mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej świetnie się odnajdywali na ziemi amerykańskiej, zarówno przez swą głęboką religijność, jak i umiłowanie wolności. W roku 1919 przybyła do Polski grupa lotników amerykańskich, którzy zaangażowali się w wojnie z bolszewikami, starając się w ten sposób spłacić dług honorowy za polskie zaangażowanie epoki Kazimierza Pułaskiego. Dziś nieśmiało odradza się to braterstwo polsko- amerykańskie, choć brakuje mu wspierających je poważnych organizacji społeczeństwa obywatelskiego. Braterstwa nie utworzą cyniczni politycy i urzędnicy. A za znak firmowy tego braterstwa warto uznać chrześcijaństwo, z odwołaniem do dziedzictwa Jana Pawła II, cieszącego się uznaniem w szerokich kręgach amerykańskich.
Gdy dziś szkaluje się Polskę jako parszywą owcę w europejskim stadzie za to, że nie beczy w jednorodnym tonie, są to działania zagrażające dobru kontynentu, bo niszczenie opozycji jest wbrew europejskiej tradycji republikańskiej. Likwidacja polskiej odmienności byłaby zapewne z zadowoleniem zanotowana przez naukowców z Chińskiej Republiki Ludowej, bo to by oznaczało odwracanie się Europy od chrześcijaństwa, najważniejszego źródła mocy. Ta odmienność może też być potrzebna jako punkt zaczepienia dla owocnej współpracy ze znaczącymi środowiskami amerykańskich chrześcijan. Przy tym nie chodzi o żaden rodzaj nowego uniformizmu, aby po dekadach władzy polityków lewicowo-liberalnych narzucać władzę chrześcijan. Tak się nigdy nie stanie, i bardzo dobrze, bo to by było wbrew Ewangelii. Chrześcijanie mają stanowić jedną z opcji w ramach wielkiej różnorodności, a jeżeli chcą mieć wpływ na bieg spraw publicznych, to muszą wykrzesać z siebie taki entuzjazm religijny, jakim cechowali się amerykańscy purytańscy pionierzy.
Marek Oktaba