Coraz częściej odzywają się głosy, aby proces integracji europejskiej przywracać do jego idei założycielskich z epoki Roberta Schumana, Konrada Adenauera i Alcide de Gasperiego. W pismach Schumana znajdujemy dwa zapisy, które pokazują istotną różnicę owych idei założycielskich względem dzisiejszych tendencji do eksterminacji wszystkich myślących w sposób niezgodny z opcją sprawującą władzę. W jednym miejscu Schuman pisał: „Granice polityczne zrodziły się z uzasadnionej historycznej i etnicznej ewolucji, z długiego wysiłku zjednoczenia narodowego; nie można nawet myśleć o ich przekreśleniu. (…) Dziś wystarczy zmniejszyć ich wartość. Granice w Europie stanowić będą coraz mniejszą przeszkodę w wymianie poglądów, osób i dóbr. Poczucie solidarności narodów przewyższy pokonane odtąd nacjonalizmy, których zasługi polegały na wyposażeniu państw w tradycję i solidną wewnętrzną strukturę. Na tych dawnych państwowych podstawach trzeba wznieść nowy ponadpaństwowy poziom. Nie nastąpi w ten sposób żadne wyparcie chwalebnej przeszłości, lecz nowy rozwój narodowych sił dzięki ich wprzęgnięciu w służbę ponadnarodowej wspólnoty” (Dla Europy, s. 17).
Z kolei gdzie indziej czytamy: „Francja w 1789 roku stała się zwiastunem nowego ustroju, wyzwolenia indywidualnego i politycznego. Jej obrońcy byli propagatorami zwycięskiej wolności. Wprawdzie można było i wciąż można kwestionować brutalne metody jej działania, jednak otwierały one pewien decydujący etap rozwoju osoby ludzkiej. W 1950 roku Francja po raz kolejny wystąpiła jako apostoł nowego ideału, rewolucyjnego w koncepcji i doniosłości, lecz pokojowego w swej realizacji. Ten ideał nie zagrażał niczyjej niezależności ani neutralności” (tamże s. 19-20).
Warto się wsłuchać w to, co tu pisał Robert Schuman. Nie ustawiał się na pozycji jedynego mającego słuszność i zwalczającego swych przeciwników ideowo politycznych, a w tym sił nacjonalistycznych lub też, po przeciwnej stronie, będących spadkobiercami rewolucyjnej Francji roku 1789. Wyraźnie dostrzegał zalety ruchu nacjonalistycznego, który widział jako nadający narodom siłę i przygotowujący narody do tego, by w następnym kroku jednoczyły swe wysiłki w skali całego kontynentu. Podobnie, dostrzegał zalety lewicowej Rewolucji Francuskiej, propagującej zwycięską wolność; i tu widział w niej przygotowanie, by obecnie, w warunkach rewolucji pokojowej, tę wolność ofiarowywać każdemu narodowi Europy. Taka postawa jest znacząco odmienna od tego, czym obecnie jest przepełnione życie polityczne Unii Europejskiej, z radykalnym wydzielaniem popieranych przez Brukselę sił „jedynie słusznych” oraz zwalczaniem za pomocą murów ogniowych sił „niesłusznych”. Tak tu brakuje owego klimatu politycznego z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych XX wieku, kiedy to Schuman, chrześcijański demokrata, był premierem rządu Francji, w którym to rządzie większość jego ministrów była socjalistami. Trudno to dziś sobie wyobrazić, w dobie, gdy wróciła do nas nienawiść plemienna charakterystyczna dla ery paleolitu.
Istotą demokracji jest wolność poglądów i prawo do wypowiadania tych poglądów. To dzięki tej wolności żaden ruch polityczny nie będzie na tyle spychany, by w odruchu rozpaczy czuć się zmuszonym sięgać po terroryzm. Jednak wbrew owemu zagrożeniu od pewnego czasu wewnątrz Unii Europejskiej pewnym ugrupowaniom odbiera się prawo wolności, zaś jednym z celów federalizacji Unii jest przekazanie władzy w ręce relatywnie wąskiej grupy komisarzy nie pochodzących z wyboru demokratycznego, co tym samym „zabezpiecza” Unię przed tym, aby któraś z „nieodpowiednich” sił politycznych na tyle wzrosła, by przejąć rządy. Tym samym pod obecnym kierownictwem Unia odchodzi od demokracji. W swoim czasie to zjawisko przewidział papież Jan Paweł II, gdy pisał, że „demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” (Centesimus annus 46). Obserwujemy bowiem zamienianie prawdziwych, tradycyjnych wartości europejskich na ich imitacje, lub też otwarte głoszenie relatywizmu, wedle którego każdy twardo opowiadający się za jakimiś wartościami jest groźnym faszystą.
A teraz wróćmy do przytoczonych wyżej dwóch tekstów Roberta Schumana. W pierwszym dostrzegał on dobre strony nacjonalizmu, zaś w drugim dostrzegał dobre strony jakobinizmu. Schuman starał się rozmawiać z każdym i u każdego starał się dostrzec jakąś formę służenia dobru. Mamy dziś niedosyt tego typu postawy, i to po wszystkich stronach politycznego podziału. Zacietrzewienie jest zaraźliwe. Potrzebujemy nowego rodzaju zarażania się, nowego wirusa, tym razem przekazującego skłonność do rozmawiania ze wszystkimi.
Na ile dążenia do federalizacji UE idą wbrew ideałom demokracji, na tyle rodzi się potrzeba szerokiego ruchu oporu przeciwko opresji ze strony wrogów demokracji i wolności. Przy tym w owym ruchu oporu jednym z ważnych narzędzi działania będzie rozmawiać ze wszystkimi, co winno się dziać na przekór zaleceniom obecnych elit Brukseli wykluczających z dialogu wszystkich tych, którzy są odmiennej opcji politycznej. Owo wykluczenie w dużym stopniu bywa robione drogą manipulowania emocjami społecznymi. Na tej zasadzie w Polsce udało się zrodzić szeroko sięgającą emocję przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, przedstawianemu jako złośliwy gnom cechujący się małością. Twarz tego gnoma wyświetlano w telewizji oraz ustawiano wzdłuż dróg na bilbordach. Dla kilku wzajemnie różniących się sił politycznych wspólnym programem stało się odsunięcie Kaczyńskiego od władzy, choć badanie przeprowadzone przez United Surveys już po październikowych wyborach wykazuje, że większość Polaków, niezależnie od tego, jak głosowało, w istocie popiera dotychczasowe działania rządu i od nowego rządu oczekuje kontynuacji tych działań, byle bez zohydzonego emocjonalnie oblicza Kaczyńskiego. Jak Europa długa i szeroka toczy się wiele podobnych operacji manipulowania emocjami społecznymi po to, aby wykluczyć pewne środowiska z dyskursu oraz uczestnictwa. Przeciwko temu potrzebujemy budować szeroki ruch oporu. Na nowo trzeba działać na wzór tego, jak przed laty działał Schuman, wprowadzający zasadę, by rozmawiać ze wszystkimi, nawet gdy na pozór to się wydaje czymś niemożliwym. Samemu Schumanowi nie było łatwo oczarowywać rozmówców, bo był niskiego wzrostu i marnej urody. Schuman swą aparycją przypominał Jarosława Kaczyńskiego.
Marek Oktaba