fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

19 C
Warszawa
niedziela, 14 lipca, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Czy Ron DeSantis mógłby zostać wiceprezydentem Donalda Trumpa?

Jeśli byłemu prezydentowi USA i kandydatowi w nadchodzących wyborach Donaldowi Trumpowi uda się rozwiązać logistyczne problemy i zapomnieć dawne niesnaski z Ronem DeSantisem, może to wzmocnić poparcie dla obu, pierwszemu przywracając urząd, a drugiemu dając posadę wiceprezydenta – ocenia „National Interest”.

Warto przeczytać

Ron DeSantis, obecny gubernator Florydy, nie ma powodów do radości po niedawnych prawyborach prezydenckich Partii Republikańskiej. Nie chodzi o to, że okazał się złym kandydatem. Jego problem wziął się stąd, że kiedy Demokraci postanowili zaatakować Donalda Trumpa szeroko zakrojoną kampanią prawną, republikańscy wyborcy uznali niewinność byłego prezydenta. Przekonani, że wszystko to jest tylko próbą upolitycznienia wymiaru sprawiedliwości, postanowili okazać swoje wsparcie i wierność Trumpowi.

Zresztą wielu republikańskich wyborców dalej wierzy, że wybory prezydenckie z 2020 r. zostały sfałszowane. Ich zdaniem wygrał je Trump i to on powinien zostać prawowitym prezydentem. Zatem każdy inny republikański kandydat, który próbuje rywalizować z Trumpem, jest traktowany z dużą nieufnością i zwykle bez sympatii.

DeSantis nie zyskuje też przy bliższym poznaniu – choć jest dobrym mówcą i politykiem, brakuje mu osobowości. Unika kontaktów z opinią publiczną, a w rzadkich przypadkach, w których się na nią otwiera, szybko pokazuje, skąd ta jego skrytość: po prostu poza działalnością zawodową jest okropnie nudny.

Pomimo tego to właśnie DeSantis – obok, oczywiście, Trumpa – był głównym faworytem przy republikańskich nominacjach do najbliższych wyborów prezydenckich. Już dziś mówi się o tym, że za cztery lata DeSantis znów postara się o nominację i że wtedy jego szanse mogą być wyższe niż w tegorocznych prawyborach. Będzie musiał jednak wystartować w otwartych prawyborach, w których liczyć się będzie przede wszystkim wiceprezydent obrany przez Trumpa w tym roku (o ile Trump nie zdecyduje się na jakiegoś outsidera, jak na przykład Tulsi Gabbard).

Dużo większe szanse miałby zatem DeSantis, gdyby w tegorocznych wyborach został wiceprezydentem Trumpa. Bez względu na to, czy Trump wygrałby wybory, jeśli DeSantis podczas kampanii zostałby jego numerem dwa, przeciwko Joe Bidenowi i Kamali Harris, pokazałoby to siłę i jednomyślność Republikanów, co też przełożyłoby się zapewne na większe poparcie.

Nie jest to jednak takie proste. DeSantis i Trump bardzo ostro rywalizowali w prawyborach. Bardziej oddani zwolennicy jednego i drugiego od razu odrzuciliby opcję takiego sojuszu. Jednak republikańscy wyborcy, którzy potrafią utrzymać emocje na wodzy i stawiać jako priorytet pokonanie Demokratów, łatwo dostrzegą w tej możliwości najlepszy wybór.

Problem z prawyborami w USA polega na tym, że bardzo dzielą wyborców tej samej partii. Dlatego pierwszym zdaniem zwycięscy – kimkolwiek jest – powinno być zjednoczenie. W republikańskich prawyborach w 1980 r. gubernator Kalifornii Ronald Reagan bardzo zdenerwował innego kandydata – byłego dyrektora CIA George’a Busha. Media nakręcały niechęć tych kandydatów, często nazywając ją nienawiścią. Kiedy Reagan wygrał prawybory, wbrew sugestiom prasy, a także wbrew podpowiedziom swoich doradców, postanowił na swojego zastępcę wybrać właśnie Busha. W ten sposób wygrali wybory.

I podobnie może być teraz – jeśli Trump na swojego zastępcę wybierze DeSantisa, może w ten sposób zjednoczyć partię i wygrać. I jasne, Trump potrzebuje głosów kobiet, bo jeśli nie trafi do tej grupy społecznej, będzie musiał zdobyć głosy Afroamerykanów lub Latynosów. Dlatego powinien przyciągać wyborców (wyborczynie) takimi nazwiskami jak Tulsi Gabbard, Ben Carson czy Marco Rubio. Jednak nie ma co zakładać, że nagle Trump zdobędzie znaczną część głosów kobiet. Natomiast w kwestii Afroamerykanów i Latynosów, Trumpowi udało się samodzielnie zwiększyć ich poparcie w ostatnich ośmiu latach. Nie potrzebuje więc wybierać na wiceprezydenta kogoś z mniejszości etnicznych.

Zauważmy, że zachowanie DeSantisa było bardzo w porządku. Chociaż zwolennicy Trumpa prześcigają się w podkreślaniu, jak bardzo okropny był jego rywal, to faktem jest, że kiedy tylko okazało się, że DeSantis nie ma szans na wygraną, usunął się na bok i nie przeszkadzał Trumpowi w kampanii. Tego samego nie można powiedzieć o Nikki Haley, która w podobnej sytuacji uparcie kontynuowała swoje dość chaotyczne poczynania.

Tymczasem DeSantis nie tylko ustąpił, ale nawet wyraził swoje poparcie dla Trumpa – i to pomimo ataków ze strony republikańskich mediów przychylnych Trumpowi. Jakby tego było mało, zaangażował się w zbiórkę funduszy dla Trumpa, a wiadomo, że pod tym względem DeSantis radzi sobie doskonale.

To tym większe wsparcie dla byłego prezydenta, że Demokraci nadal wykorzystują instrumenty prawne przeciwko niemu – co pochłania sporo środków z kampanii Trumpa i Republikańskiego Komitetu Narodowego (RNC).

W tym politycznym planie pojawia się jednak mała przeszkoda. Dwunasta poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych stwierdza, że kandydaci na prezydenta i wiceprezydenta, którzy mieszkają w tym samym stanie, nie mogą razem startować. Teoretycznie likwiduje to omawianą możliwość, ale w praktyce jest trochę inaczej, bo zdarzało się już w historii USA, że w tych samych wyborach startowali politycy z tego samego stanu.

A to dlatego, że ten zapis bardzo łatwo obejść – wystarczy, że Trump lub DeSantis zmienią miejsce zamieszkania z Florydy na inny stan.

Wcześniej zrobił tak Dick Cheney, aby uzyskać nominację na wiceprezydenta od George’a W. Busha. Bush i Cheney mieszkali wtedy w Teksasie, więc Cheney najzwyczajniej przeniósł swoją rezydencję do Wyoming. Nie było przy tym zamieszania, wszystko zgodnie z literą prawa. Tak samo mógłby postąpić Trump albo DeSantis, zanim ten drugi otrzymałby nominację.

Dla DeSantisa nie byłoby to tak łatwe, bo jest w tej chwili gubernatorem Florydy i gdyby zmienił miejsce zamieszkania, straciłby stanowisko. Ale jako kandydat Trumpa na wiceprezydenta i tak nie byłby w stanie wykonywać swoich gubernatorskich obowiązków i musiałby je przekazać. Zatem DeSantis mógłby najpierw ustąpić ze stanowiska gubernatora, potem zmienić miejsce zamieszkania i wreszcie zostać wiceprezydentem Trumpa.

Jednak we wcześniej przywołanym przypadku Bush-Cheney to Cheney przeprowadził się do Wyoming właśnie dlatego, że Bush był gubernatorem Teksasu. W momencie kampanii Cheney nie był związany z żadnym urzędem państwowym, więc łatwo mógł się przenieść. Sprawę ułatwiał też fakt, że obaj politycy byli bardzo zamożni.

Przeczytaj także:

Trump też dysponuje znacznymi środkami i ma nieruchomości rozsiane po całych Stanach Zjednoczonych – a gdyby wśród nich nie znalazło się nic, co by mu obecnie odpowiadało, mógłby sobie pozwolić na kupno nowego domu. Mógłby wtedy wybrać inny stan jako swoją główną rezydencję i w ten sposób ominąć problemy z wyznaczeniem DeSantisa na swojego wiceprezydenta. Musiałby tylko wybrać stan głosujący za Republikanami. I koniecznie taki, w którym nie dałoby się go ciągać po sądach, czego już doświadczył w rodzinnym Nowym Jorku.

Jeśli Trump i DeSantis nie będą żywić urazów z prawyborów i wypracują logistyczne porozumienie pozwalające ominąć dwunastą poprawkę, Republikanie nie tylko będą mieli ugruntowaną pozycję w tegorocznych wyborach, ale też przygotują konkretnego następcę Trumpa na kolejne wybory prezydenckie w 2028 r.

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię