fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

8.9 C
Warszawa
sobota, 20 kwietnia, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Dno Bałtyku to tykająca bomba ekologiczna

Łukasza Porzuczka gościliśmy na naszych łamach i przed kamerą przy okazji Forum 590 i nie tylko. Założyciel i Prezes firmy GeoFusion, a także lider Klastra Czysty Bałtyk od lat zajmuje się zawodowo neutralizacją rozmaitych pozostałości na dnie Bałtyku, w tej liczbie kłopotliwego dziedzictwa obu wojen światowych. Dziś, gdy do aspektów stricte ekologicznych doszła perspektywa prac związanych z projektem morskiej energetyki wiatrowej zadanie oczyszczenia Mare Nostrum stało się zadaniem pierwszej wagi.

Warto przeczytać

Temat powraca co jakiś czas, zwłaszcza przed sezonem letnim, czy jak ostatnio przy okazji I Samorządowego Kongresu Finansowego, gdzie w panelu poświęconym kwestii zanieczyszczeń dna Bałtyku, obok Prezydent Kołobrzegu Anny Mieczkowskiej i eurodeputowanej Anny Fotygi udział brał nasz rozmówca. Przy tej okazji Łukasz Porzuczek rozwiał narosłe wokół sprawy mity i nieporozumienia. Otóż pojemniki i beczki, zwłaszcza te z okresu pierwszej wojny światowej dawno uległy korozji, co sprawiło, że ich zawartość w różnym stanie skupienia zalega dno, co więcej, w zależności od układu i dynamiki prądów oraz pływów, a także falowania przemieszcza się w sposób niekontrolowany. 

Swego czasu wyciek 300 ton mazutu spowodował, że wszelkie życie na dnie Zatoki Puckiej obumarło. Jaka jest więc faktyczna skala problemu. Gdy zważyć, że wedle szacunków Fundacji Mare na dnie Bałtyku zalega od 8 do 10 tysięcy wraków, a nie mniej niż 100 zawiera znaczne ilości paliwa. Wystarczy wymienić zlokalizowany ostatnio „Stuttgart” czy „Franken”. Oba zalegają na naszych wodach – odpowiednio na dnie Zatoki Puckiej i Zatoki Gdańskiej. 

Co do broni chemicznej, to w wielu przypadkach zdążyła się zmieszać z piaskiem na dnie morskim i wymaga specjalistycznej utylizacji. W miejscach, gdzie celowo zatapiano całe jednostki wraz z zawartością, zwłaszcza z dala od szlaków żeglugowych rzecz wydaje się względnie stabilna i czasowo bezpieczna. Jednak nie do końca, gdyż sposób wykonania zadania najczęściej odbiegał od pierwotnych założeń – prywatni zleceniodawcy pozbywali się kłopotliwego ładunku w pospiechu, w innych niż wskazane miejscach. W efekcie obok tak zwanych zrzutowisk mamy szereg nierozpoznanych i rozproszonych obszarów na naszych wodach terytorialnych w obrębie planowanych inwestycji. 

Słowem wszelkie szacunki obciążone są poważnym marginesem błędu, jak poważnym nie podejmują się oceniać nawet specjaliści, skoro na wodach Zatoki Gdańskiej, gdzie miała być składowana jedynie amunicja konwencjonalna, znajdujemy liczne markery broni chemicznej. Po drugiej wojnie światowej podzielony świat, wobec ogromu zniszczeń i nagromadzonych zapasów broni myślał o wszystkim, ale przecież nie o środowisku czy następstwach zatapiania w morzach i oceanach całych arsenałów. Więcej, w wielu przypadkach niszczono dokumentacje zawierająca specyfikacje ilości i rodzajów zatapianego uzbrojenia. Inne były priorytety oraz problemy do rozwiązania, a metoda znana i wypróbowana po Wielkiej Wojnie, zatem dwadzieścia lat wcześniej. 

Bałtyk jako morze niewielkie i płytkie o słabym zasoleniu i natlenieniu nie jest ze swej natury środowiskiem o dużym potencjale biologicznym. Gdy dodać fakt, że jeszcze niedawno Wisła stanowiła stałe źródło dopływu zanieczyszczeń przemysłowych i pochodzenia komunalnego, okaże się, że skala wymiany wody z Oceanem Światowym jest zbyt skromna, by mówić o neutralizacji skażeń siłami natury. 

Coraz częściej na plaże Trójmiasta, Mielna, Kołobrzegu czy w innych miejscach morze wyrzuca dziedzictwo obu wojen, a samorządy doraźnie utylizują owe swoiste sygnały ostrzegawcze. Temat na chwilę staje się atrakcyjny medialnie jak w przypadku niedawnego niewybuchu zlokalizowanego podczas pogłębiania toru wodnego w Świnoujściu. W przypadku wycieków sytuacje komplikuje fakt, że uwalniając się stopniowo, pozostają niezauważone, a postępująca korozja może sprawić, że bez wcześniejszych ostrzeżeń dojdzie do gwałtownego uwolnienia takiej ilości paliwa, bądź broni chemicznej, która spowoduje katastrofę ekologiczną nieznanych do tej pory rozmiarów. 

Rybacy, bo to oni najczęściej spotykają ślady broni chemicznej, pozbywają się ich, nie zgłaszając zaistniałych zdarzeń, co w kontekście trudnej sytuacji ekonomicznej i restrykcji nakładanych nawet na połowy rekreacyjne, należy zrozumieć. Już dziś zresztą w rybach odławianych w Bałtyku znajdujemy – na razie śladowe – ilości substancji chemicznych, w czym nie przypadkiem celują flądry żerujące w pobliżu dna morskiego.

Przygotowanie inwestycji musi uwzględniać czynnik ryzyka

Skala wyzwania technologicznego, logistycznego i finansowego, który stanowi morska energetyka wiatrowa nie może sprawiać, że zaniedbamy groźny czynnik ryzyka, czyli nieewidencjonowane zanieczyszczenia dna morskiego. Zwłaszcza w przypadku, gdy znalazły się one poza pojemnikami, co utrudnia ich wykrycie metodami konwencjonalnymi. W przypadku, gdy dojdzie do uszkodzenia składowanych pojemników, skala zagrożenia wzrośnie w postępie geometrycznym. Pytanie brzmi więc nie czy, ale kiedy i z zaangażowaniem jakich środków? 

Zespól powołany przez Premiera do tego zadania, mimo że gromadzi przedstawicieli zainteresowanych resortów, nie ma odpowiedniego budżetu, nie komunikuje się z włodarzami nadmorskich miejscowości, a administracja morska działa reaktywnie, w mikro skali i zwykle z opóźnieniem. Łukasz Porzuczek obrazowo opisuje sytuacje, kiedy prowadzenie po dnie morskim kabla przesyłowego trafi na rozlewisko broni chemicznej niewykrywalne ferromagnetycznie, natomiast wzburzenie obłoku zanieczyszczeń, w zależności od siły i kierunku prądów morskich, spowoduje apokalipsę ekologiczną o skali, jakiej nie znamy. Wówczas to nie będzie już problem inwestora, ani nawet nie nasz – polski, lecz wszystkich państw basenu Morza Bałtyckiego.

Koncesjonariusze i operatorzy z mocy przepisów prawa muszą uwzględniać oddziaływanie inwestycji na środowisko, tym samym dalsze zamiatanie sprawy pod przysłowiowy dywan nie jest w praktyce możliwe, zwłaszcza że jak dowodzi doświadczenie Nord Stream, omijanie obszarów niepewnych i stanowiących potencjalne zagrożenie – czy w przypadku farm wiatrowych jest w ogóle możliwe? Takie „kluczenie po dnie” opóźnia inwestycję i generuje dodatkowe koszty. Słowem proces inwestycyjny musi poprzedzić poszukiwanie UXO – obiektów wojskowych i niewybuchów, przy czym metody standardowe nie wystarczą.

Naczynia połączone

Morze to środowisko dynamiczne. Każda ingerencja powoduje zmiany. Dość przywołać przykład Sopockiej Mariny. Co spowodowało wyrzut na plaże w sąsiedztwie molo mulistych osadów? Otóż może doszło do sytuacji, gdy rybacy uwolnili z sieci broń chemiczną swobodnie migrującą na powierzchni poza wszelką ewidencją, bądź to skutek detonowania wydobytej amunicji, która spowoduje migrację drobinek piasku skażonego bronią chemiczną, uwalniającego zalegający pod powierzchnią dna zbrylony iperyt czy adamsyt?! 

Broń konwencjonalna, pociski artyleryjskie, miny, bomby głębinowe, a nawet torpedy, zalegające na dnie Bałtyku szacuje się na dziesiątki tysięcy. Jeszcze w latach sześćdziesiątych minionego stulecia, podczas letnich kolonii w okolicach Stegny Gdańskiej niżej podpisany wielokrotnie obserwował patrole saperskie wzywane do wykrytych niewybuchów. Tak się dzieje do dziś. Grupa GeoFusion dysponuje technologią utylizacji odpadów chemicznych i ma doświadczenie konieczne do realizacji tego rodzaju zadań. Bez wsparcia finansowego, logistycznego i jasnych wytycznych w zakresie przygotowania inwestycji, w farmy wiatrowe, w zakresie oddziaływania na środowisko, problem będzie narastał. Jego właściwe zaadresowanie w wymiarze europejskim, wszak następcy prawni tych, którzy pozostawili nam kłopotliwe dziedzictwo na dnie Bałtyku, są znani – pozwoli alokować adekwatne do potrzeb środki finansowe w ramach „Zielonego Ładu”. 

Mówimy o setkach i tysiącach wraków, a tylko przywołany „Stuttgart” – zlokalizowany zaledwie 4 km od wejścia do portu w Gdyni emituje paliwo od roku 1999, a obszar skażenia zwiększył się w ciągu 16 lat pięciokrotnie, by osiągnąć rozmiary 415 tys. metrów kwadratowych. To zaledwie wycinek problemu, ale przemawia do wyobraźni. 

Powołana w roku 2013 przez Komisję Helsińską grupa robocza pod nazwą HELCOM SUBMERGED działająca pod kierownictwem Jormy Rytkonena z Fińskiego Instytutu Ochrony Środowiska (SYKE) stwierdziła, że tam, gdzie zalega mazut – używane na statkach ciężkie paliwo, utworzyła się strefa azoiczna tzn. pozbawiona życia. W przypadku dokumentacji dotyczącej „Frankena” szacuje się ilość zalegających w jego zbiornikach różnego rodzaju paliw na 4608 ton. Rozszczelnienie najmniejszego ze zbiorników o pojemności 573 ton, to groźba katastrofy ekologicznej i skażenia wody oraz plaż w rejonie Zatoki Gdańskiej. Wydaje się, że wzorem Finów powinniśmy pokusić się o stworzenie rządowego programu zarządzania wrakami. Pytanie, czy politykom wystarczy wyobraźni?

Więcej artykułów