fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

18.7 C
Warszawa
czwartek, 23 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Cyfrowe wykluczanie finansowe przysporzy Ameryce kolejnego autokratę

PayPal powstał w 1999 r. i przyświecała mu idea zgoła rewolucyjna. Chodziło o uniezależnienie zwykłych ludzi od instytucji finansowych na początku prowadzenia działalności gospodarczej. Okazało się, że to strzał w dziesiątkę. Demokratyczny system płatności przyciągnął miliony użytkowników nie tylko swoją ideą, ale też łatwością obsługi. Tradycyjne banki nie nadążały w swojej biurokracji za dynamicznie rozwijającym się światem. Za PayPalem pojawiły się kolejne startupy zmieniające system finansowy: Ally, Chime, Square czy Stripe. Jednak dziś PayPal odchodzi od swych demokratycznych założeń. Stał się przodownikiem w ograniczaniu uczestnictwa, ocenianiu i segregowaniu ludzi.

Warto przeczytać

Widzieliśmy to w styczniu tego roku, kiedy PayPal zablokował zbierającą środki na transport demonstrantów do stolicy USA chrześcijańską stronę crowdfundingową. Widzieliśmy to w lutym, kiedy PayPal ogłosił współpracę z Southern Poverty Law Center (SPLC), której celem było wyrzucenie z platformy pewnych użytkowników. Teraz z kolei ogłosił współpracę z  Anti-Defamation League (ADL), której celem jest znalezienie i zamknięcie kont użytkowników, których ADL uważa za nazbyt radykalnych. 

Czy to w ogóle problem? Przecież uniemożliwienie finansowania agresywnych i nienawistnych zachowań brzmi całkiem dobrze. Problem leży w definicjach. Kiedyś ADL zajmowało się przede wszystkim przeciwdziałaniem antysemityzmowi, a SPLC – przeciwdziałaniem rasizmowi. Dziś obie te agencje rozszerzyły swoją działalność, zwalczając każdy przejaw „nienawiści” czy „ekstremizmu”. Tyle że same decydują, co nim jest.

I tak na przykład ADL sprzeciwiło się nominacji Bretta Kavanaugha do amerykańskiego Sądu Najwyższego, argumentując to jego „wrogością wobec wolności reprodukcyjnej”. Próbowało bojkotować Facebooka z powodu dopuszczania tam „mowy nienawiści”. Sprzeciwiło się rozporządzeniu Trumpa, które wycofywało krytykę rasową (critical race theory) ze szkoleń rządowych. Wreszcie chciało, aby Fox News zwolniło Tuckera Carlsona z powodu jego komentarzy o imigracji.

Nie chodzi o to, czy stanowiska ADL są słuszne, czy nie. Po prostu te sprawy nie leżą w jej pierwotnych kompetencjach.

Nie mamy ostrej definicji „mowy nienawiści”, tak jak nie mamy ostrej definicji „grup nienawiści”, co otwiera możliwości rozmaitych nadużyć. Początkowo łatwo było zaklasyfikować w ten sposób ugrupowania i organizacje, które nie budziły wątpliwości, jak Ku Klux Klan czy neonaziści, ale z czasem zaczęto w tę kategorię wciągać grupy po prostu konserwatywne społecznie, jak Family Research Council, albo obrońców wolności religijnej czy wyborczej uczciwości.

Tak rozmyte kategorie, w połączeniu z próbą rozszerzania definicji pojęć takich jak „rasizm” czy „segregacja”, pozwoliły na określanie rozmaitych przeciwników politycznych i ideologicznych właśnie mianem grup nienawiści. Teraz „The New York Times” może pisać o „segregacji” w przypadku szkoły, gdzie 70 proc. uczniów stanowią Azjaci (jak w przypadku Stuyvesant), a każda polityka, jaka może dać nierówne wyniki w kolorowych społecznościach, to „biała supremacja”. W efekcie do jednego worka wrzuca się naprawdę podłe organizacje i te, które po prostu są konserwatywne w swoich przekonaniach. Zjawisko to pojawiło się najpierw w środowiskach akademickich i przez pewien czas pozostawało teoretyczne, jednak obecnie, dzięki branży Big Tech, zostało zoperacjonalizowane i zaczyna być praktykowane w cyfrowych społeczeństwach.

Ograniczanie dostępu do platform finansowych prawdziwym ekstremistom jest oczywiście działaniem bezdyskusyjnie prawidłowym. Tylko że teraz ogranicza się ten dostęp także organizacjom, których działalność jest zupełnie zgodna z prawem, a jedynie oparta na poglądach niepopularnych w Dolinie Krzemowej. Przypomina to nieco rozwój cenzury – początkowo odbieraliśmy głos różnego rodzaju ugrupowaniom neonazistowskim, ale dziś? Każdy może zostać uciszony poprzez te same narzędzia władzy, jakie przyznaliśmy do stosowania przeciwko neonazistom.

Cenzurowanie mediów społecznościowych jest tu świetnym przykładem. Po ataku na Kapitol z 6 stycznia tego roku wielu przyklasnęło decyzjom o zamykaniu kont prezydenta Trumpa oraz jego głównych zwolenników na portalach społecznościowych. Kiedy Parler okazał się pod tym względem bardziej demokratyczny i otwarty, Apple, Amazon i Google zjednoczyły się, by zamknąć tę niezależną platformę. Oczywiście tłumaczono to „prywatnymi decyzjami biznesowymi” tychże firm.

Teraz na topie jest „dezinformacja” – kolejny termin, którego definicja zmienia się w zależności od potrzeb. Niedawno Jen Psaki, będąca sekretarzem prasowym Białego Domu, przyznała, że administracja Bidena zgłasza na Facebooku, YouTube oraz pozostałych platformach społecznościowych wpisy szerzące dezinformację na temat COVID-19. Argumentowała nawet, że jeśli jedna z tych platform uznaje materiał za szkodliwy, pozostałe także powinny go usuwać. To brzmi jak centralnie koordynowana lista blokad.

Psaki twierdzi, że firmy z branży Big Tech podejmują te działania dobrowolnie. To jednak wątpliwe, biorąc pod uwagę, że amerykański Kongres i administracja co chwile grożą im pozwami antymonopolowymi.

Ograniczanie wypowiedzi to jedno, drugie zaś – ograniczanie wolności gospodarczej online. Po 6 stycznia Trump i jego zwolennicy nie tylko zostali wygłuszeni w mediach społecznościowych, ale platformy finansowe, takie jak Stripe, Square, PayPal, Shopify, czy GoFundMe, ogłosiły usuwanie kont „osób i organizacji związanych z zamieszkami na Kapitolu”. 

A teraz PayPal we współpracy z ADL tworzy coś, co wygląda jak finansowy odpowiednik No-Fly List, amerykańskiej rządowej listy, na której znajdują się nazwiska osób niewpuszczanych na pokłady linii lotniczych. Wydaje się, że PayPal to dopiero początek i niedługo inne firmy technologiczne z dziedziny finansów pójdą za jego przykładem, ulegną one bowiem presji politycznej monokultury panującej w Dolinie Krzemowej, która zademonstrowała swoje działanie przy okazji ograniczania wolności słowa.

Teoretycznie może pojawić się alternatywa, „nowy Facebook” czy „nowy PayPal” oparte na innych założeniach, ale w praktyce jest to niemożliwe, nie tylko na zbyt trudne konkurowanie z tymi gigantami, lecz także na zmowę branży, która szybko może takim alternatywom uniemożliwić dostęp do rynku (jak w przypadku Parler).

Kiedy ktoś zostaje zablokowany w mediach społecznościowych, traci możliwość wypowiedzi, bycia słyszanym w cyfrowym świecie. Ale zablokowanie w gospodarce finansowej wydaje się jeszcze gorsze – traci się możliwość zarabiania, często nawet utrzymania. W zasadzie już blokady w mediach społecznościowych mogły niektórych pozbawiać możliwości zarabiania, ale blokowanie kont w aplikacjach finansowych to często także brak możliwości płacenia za towary i usługi, brak możliwości kupowania. Dotyczy to nie tylko wydatków prywatnych, ale również firmowych, czyli praktycznie uniemożliwia się prowadzenie własnej działalności gospodarczej.

Lewica, która w tego typu zachowaniach (cenzurze, ekonomicznym wykluczaniu) ma swój interes, zdaje się nie zauważać, że to właśnie tego typu zachowania doprowadziły do wyboru Trumpa na prezydenta w 2016 r. Po jego zwycięstwie debatowano nad znaczeniem mediów społecznościowych w tej kampanii, natomiast to polityka globalizacji i wolnego handlu, wspierana przez Big Tech, osłabiła amerykańską bazę przemysłową, z którą związani byli Amerykanie z bazy robotniczej. Rządowe elity, kadra menedżerska, społeczność akademicka czy osobistości medialne zachowywały się tak, jakby miały monopol na prawdę, jednocześnie bardzo tym denerwując pokaźną część wyborców. Trump okazał się uosobieniem tego zdenerwowania i stąd jego poparcie.

Choć Trump został już odsunięty od władzy, to mechanizmy, które pozwoliły mu wygrać, pozostały. Obecny rząd zawarł sojusz z branżą cyfrową, w ramach którego zwalczają „nienawiść” czy „dezinformację”, które tylko oni mogą definiować. To oczywiście sprawia, że wspomniane wcześniej zdenerwowanie powraca i narasta.

Jeśli Big Tech pozostanie przy polityce zamykania kont, uciszania i wykluczania każdego, kto ma inne poglądy ideologiczne, jeśli Big Tech będzie odsuwał ludzi od nowoczesnej gospodarki ze względu na ich odmienne upodobania polityczne, to w końcu grupa wykluczonych i odsuniętych będzie tak duża, że przy kolejnych wyborach staną się poważną siłą, która wyniesie na urząd kolejnego autokratę.

Więcej artykułów