fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

18.7 C
Warszawa
czwartek, 23 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Czy Europę czeka stagflacja? Byłaby to najgorsza z możliwych wiadomości 

Efektem światowego oraz europejskiego kryzysu energetycznego z pewnością nie będzie niska inflacja. Widmo „złej inflacji”, a potem nawet stagflacji, krąży nad Europą – pisze „El Economista.es”, powołując się także na najnowszy raport banku BNP Paribas.

Warto przeczytać

Gwałtowny wzrost cen gazu, węgla i ropy na skutek ich niskiej podaży przyczyniają się w Europie do szoku cenowego. Rosnąca inflacja zaczyna już poważnie niepokoić. Tym bardziej że towarzyszy ona spowolnieniu wzrostu gospodarczego. 

Europa w okresie wychodzenia z pandemii COVID-19 była regionem szczególnie narażonym na zjawiska inflacyjne. Ale teraz niepokoi nakładanie się na nie słabego wzrostu gospodarczego, co daje w sumie efekt tzw. złej inflacji.

Unia Europejska jest importerem netto gazu, węgla i ropy. Pomimo zielonego kursu, jaki obrała i ostatnio jeszcze zaostrzyła, potrzebuje tych surowców do swojego koszyka energetycznego. Ropa jest niezbędna przede wszystkim w transporcie, zarówno masowym, zaopatrzeniowym, jak i indywidualnym. W krajach UE utrzymują się wyższe ceny tych surowców, podczas gdy inne regiony (eksporterzy energii netto) osiągają wyższe przychody, którymi rekompensują rosnący kryzys.

Nadchodzi drożyzna 

Bank of America Merrill Lynch oszacował, że europejskie gospodarstwa domowe będą musiały zapłacić o 500 euro więcej rocznie – właśnie z powodu wyższych cen gazu i energii elektrycznej. Część przychodów z wyższych cen trafi do firm energetycznych (pieniądze zostają wtedy w gospodarce). Kolejna część do rządów, przez nałożone wyższe podatki, jeszcze inna, istotna, do krajów, które są eksporterami gazu lub węgla. W przypadku benzyny i innych paliw rafineryjnych sytuacja jest trudna. Europa – z wyjątkiem nielicznych krajów takich jak Norwegia czy Szkocja, nie produkuje ropy naftowej. Wszyscy dopłacą więc do kryzysu energetycznego oprócz tych nielicznych krajów, które osiągną zyski z produkcji i rafinacji ropy.

Nadchodzi „zła inflacja”

Wzrost cen energii jest zawsze złą wiadomością dla gospodarki. Według francuskiego banku BNP Paribas Europa może paść ofiarą „złej inflacji”, która jest obecnie bardziej odzwierciedleniem szoków po stronie podaży niż czymkolwiek innym. W strefie euro i innych gospodarkach wzrost cen ropy i gazu jest wręcz skokowy.

„Inflacja coraz mocniej odbija się na realnych dochodach pozostających do dyspozycji gospodarstw domowych, a tym samym na wydatkach” – ostrzegają analitycy BNP Paribas. Oddziałuje to niekorzystnie na konsumpcję, spowalniając jeszcze i tak niski wzrost gospodarczy.

„Wzrost inflacji w czasie ożywienia wzrostu gospodarczego to dobra wiadomość, przynajmniej początkowo” – pisze BNP Paribas. W takim przypadku wyższe ceny odpowiadają silnemu popytowi, pełnemu zatrudnieniu na rynku pracy, rosnącym płacom oraz zdolnościom firm do podnoszenia cen – bez szkody dla sprzedaży i działalności. I taka inflacja jest „dobrą inflacją”, bo wynika z każdego nowego cyklu wzrostu i ożywienia popytu. 

Inną sytuacją jest ta, gdy inflacja staje się produktem zewnętrznych szoków podażowych (jak to miało miejsce w latach 70. i 80. XX wieku) i nie towarzyszy jej wzrost gospodarczy. Ciągły wzrost cen energii stanowi wyraźne zagrożenie dla wzrostu gospodarczego ze względu na wpływ na malejące, realne dochody konsumentów.

Teraz na horyzoncie pojawiło się ryzyko wystąpienia stagflacji, czyli czegoś niewidzianego od lat 80. XX wieku.

Nie ma chyba nic gorszego 

Stagflacja jest jedną z najgorszych kombinacji dla gospodarki. Gdy się pojawia, niski wzrost gospodarczy zbiega się z gwałtownym wzrostem cen, a miejsca pracy powstają bardzo wolno lub wcale. Przedsiębiorstwa muszą radzić sobie z niepowstrzymanym wzrostem kosztów, które w końcu zmuszone są przerzucać na konsumentów. Konsumenci widzą, że ich siła nabywcza maleje, ponieważ bez rzeczywistego wzrostu w gospodarce pensje tracą na sile nabywczej. Nakłada się na to zjawisko niskich oszczędności i w ten sposób zamyka się błędne koło gospodarczego marazmu. 

BNP Paribas przyznaje, że z czasem „zła inflacja” może prowadzić właśnie do stagflacji – do rozczarowująco niskiego wzrostu gospodarczego i do zbyt wysokiej inflacji występujących równocześnie. Analizując materiały agencji Bloomberg na ten temat, widać, że obawy o stagflację w Europie rosną już od kilku dobrych lat. Ostatnio jednak są one wyjątkowo duże, odzwierciedlając przewidywania, że podwyższona presja na wzrost cen może w końcu zadać cios perspektywom wzrostu.

Dylemat w bankowości centralnej

„Zła inflacja” stwarza także swoisty dylemat dla banków centralnych. Z jednej strony mogą one nic nie robić, utrzymując niskie stopy procentowe, by wesprzeć słabą gospodarkę. Jednak wtedy występuje ryzyko, że inflacja pozostanie wysoka przez dłuższy czas. Innym rozwiązaniem może być podniesienie stóp procentowych w celu złagodzenia inflacji, jednak kosztem dalszego osłabienia gospodarki. Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, jak się w takiej sytuacji zachowywać.

Innym minusem „złej inflacji” jest to, że jej wpływ jest zazwyczaj większy dla gospodarstw domowych najuboższych, ponieważ wydają one większą niż inni część swoich dochodów na paliwo, energię elektryczną oraz ogrzewanie. Co więcej, gospodarstwa te charakteryzują się niską stopą oszczędności, więc trudno jest im zamortyzować podwyżki.

Chociaż nie wszyscy uwzględniają w swoich scenariuszach ryzyko stagflacji, istnieje pewien konsensus co do tego, że relacja między wzrostem a inflacją staje się wtedy zdecydowanie mniej korzystna. Ekonomiści z Oxford Economics zwracają uwagę, że wskaźniki ryzyka sugerują obecnie pogorszenie się sytuacji w omawianym zakresie. Jeszcze kilka miesięcy temu oczekiwano dominacji wzrostu gospodarczego przy niskiej a w każdym razie kontrolowanej inflacji. Obecnie można dostrzec znaczne prawdopodobieństwo podwyższonej inflacji w ciągu najbliższych dwóch lat oraz perspektywę słabszego wzrostu PKB krajów Eurolandu.

Wszystko to może mieć bardzo zły wpływ na konsumpcję. Ekonomiści Danske Bank ostrzegają, że już teraz negocjowane płace w strefie euro wzrosły w drugim kwartale tylko o 1,7 proc., podczas gdy inflacja do końca tego roku wyniesie średnio powyżej 3 procent. Wszystkie „znaki na niebie i na ziemi” wskazują na erozję siły nabywczej portfeli, co znajdzie odzwierciedlenie w wyraźnym spowolnieniu konsumpcji prywatnej w całej strefie euro.

Rodzący się europejski kryzys energetyczny nie tylko wpłynie na dochody realne, ale może także doprowadzić do zakłóceń w produkcji – tak jak to miało miejsce już w Chinach. Zwiększy tym samym nierównowagę podaży i popytu, dodając jeszcze skrzydeł „złej inflacji”.

Więcej artykułów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz!
Wpisz imię