fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

16.2 C
Warszawa
niedziela, 26 maja, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

Ideologie nie umierają, wręcz przeciwnie – wracają galopem, twierdzi „Le Point”

„Dziś nie liczą się już fakty, liczy się wizja świata, którego bronimy” – uważa Gilles Kepel, politolog, specjalista od świata arabskiego. Ten cytat dobrze obrazuje sytuację, gdy prestiżowa CNRS odmawia zbadania sprawy „islamolewicowości” w szkołach wyższych.

Warto przeczytać

Wydawać by się mogło, że niektóre ideologie umrą śmiercią naturalną. Jednak nie – wracają szybciej, niż można by się było tego spodziewać. Nowe dogmaty zrodziły się w skrajnie lewicowych kręgach – i z powodzeniem zakorzeniają się na wszystkich zachodnich kampusach. Francuskie uniwersytety wręcz pasjonują się ideą reanimacji rasy, eksploracji gatunku czy walki z wszelkimi opresjami, a każdą jednostkę są w stanie zamienić „w socjologiczną ofiarę społeczeństwa przesyconego niesprawiedliwością. „Wszystko to można by zbyć uśmiechem, gdyby całe wydziały nauk społecznych nie podjęły się odrodzenia dzięki pojęciom, które jak twierdzą, wszystko demaskują, dekolonizują i dekonstruują w imię niepodważalnego prawa do tożsamości” – zauważa „Le Point”. 

Nowy katechizm naukowy

Ideologia zawsze stawała w szranki z rzeczywistością. Co jednak z nauką, która powinna panować na uniwersytetach i być ich nadrzędnym celem? Tymczasem, na uczelniach, publikuje się prace „naukowe”, w których Francja przedstawiana jest jako kraj „statystycznie despotyczny”. Stawia się w nich tezę mającą na celu „zbadanie powiązań między dwiema multiminoryzowanymi grupami, rdzennymi kobietami mieszkającymi w Kanadzie i zwierzętami, z którymi żyją”, proponując „ekofeministyczne ramy myślenia, podkreślające dominację, patriarchatu kapitalistycznego i kolonialnego”. W takie myślenie obfituje wiele prac naukowych i zajmuje ono znaczące miejsce, w niektórych dyscyplinach. Na szczęście wciąż niedominujące. 

W imię idei, a nie prawdy

Czasem trudno znaleźć granicę między faktami a opiniami – także w świecie nauki. Jednak źle się dzieje, gdy do głosu dochodzi „aktywizm ubrany w strój dyskursu naukowego”, który uniemożliwia pełne zrozumienie rzeczywistości. „Za wyrażenie poglądu, że nadszedł czas na odróżnienie badań od aktywizmu, Minister Szkolnictwa Wyższego, Frédérique Vidal, została oskarżona przez CNRS o udział w »próbie delegitymizacji różnych dziedzin badań, takich jak studia postkolonialne«” – przypomina „Le Point”. Zamówiła ona wcześniej raport w tej instytucji dotyczący „islamolewicowości” na uniwersytetach. Doczekała się jedynie wyjaśnienia, że: „islamolewicowość [nie odpowiada] żadnej rzeczywistości naukowej”, w związku z czym CNRS nie będzie mogła przeprowadzić pożądanego badania”.

Raport zrobił ktoś inny

Zbadania sprawy podjęli się ostatecznie naukowcy z Obserwatorium Dekolonializmu i Ideologii Tożsamości. Znaleźli oni i zidentyfikowali dowody, świadczące o tym, że taki problem ideologiczny faktycznie istnieje na uczelniach. Potwierdzały to treści płynące z ogłoszeń rekrutacyjnych, czasopism akademickich, programów badawczych, a także same programy nauczania i tezy, zbyt rzadko czytane poza kręgami specjalistów. Sporządzono inwentarz prac uniwersyteckich na podstawie ich dryfowania ideologicznego i 19 czerwca upubliczniono 140-stronicowy raport, który daje, wciąż niewyczerpujący, spis pism, w których metafory są przekazywane jak fakty. Budzi to, co najmniej konsternację.

Raport poruszył środowiska związane z nauką, gdyż 11 czerwca, sześciu wykładowców wniosło do Rady Stanu apelację o unieważnienie wniosków płynących z zawartych w nim badań. Chcieli zmusić minister do zaprzestania śledztw, które według skarżących „naruszają wolność akademicką i grożą poddaniem się kontroli politycznej, wykraczającej poza nauki społeczne”.

Czy raport rzeczywiście zagraża wolności akademickiej?

Nie można się było spodziewać, że to opracowanie zostanie dobrze przyjęte przez akademików. Bronią oni tego rodzaju nauczania, a w głosach sprzeciwu widzą jedynie nowy mackartyzm. Twórcy raportu zareagowali na ostrą krytykę z ich strony. „Nie powinniśmy odwracać ról” – powiedział Xavier-Laurent Salvador, współzałożyciel Obserwatorium Dekolonializmu – „pozostajemy w ramach peer review, czyli w normalnych ramach funkcjonowania uniwersytetu. W przeciwieństwie do tych, którzy nas atakują, nie wnosimy żadnych pozwów sądowych, nie zapobiegamy żadnym konferencjom, nie nękamy kolegów, dopóki nie pękną, nie ćwiczymy kultury anulowania i nie podajemy żadnych nazwisk! Po prostu chcemy, aby środowisko akademickie, świat polityczny i ogół społeczeństwa mogły samemu zmierzyć się z tym wojowniczym zjawiskiem, w ramach uczciwej i kontradyktoryjnej debaty”. Jednak temat wykracza poza zwykłą kłótnię naukowców, gdyż chodzi o uniemożliwienie wpływania ideologii na naukę: „To na uniwersytecie szkoła, kolegium i liceum jutra są fabrykowane. Kiedy widzimy, że w kursach dla przyszłych nauczycieli pojawiają się tytuły, które przywołują problem „radykalnego sekularyzmu” lub „zarządzania klasą przez filtr płci”, trzeba po prostu mieć pewność, że jest to rzeczywiście ta szkoła, której chcemy w przyszłości” – wyjaśnia Salvador.

Zaskoczony raportem jest specjalista w głosowaniu Frontu Narodowego, Pascal Perrineau: „Uderza mnie szybkość, z jaką wszystko się rozwija. Miałem wrażenie, że we Francji był to ruch marginalny, ale trzeba przyznać, że rozprzestrzenianie się przyspiesza. „Dla naukowców zjawisko z pewnością pozostaje w mniejszości i zasadniczo ogranicza się do nauk humanistycznych i społecznych, ale pojawia się w kręgach akademickich, w tym w Grandes Écoles, które mają szkolić przyszłych menedżerów w kraju”. Przykładem jest Instytut Nauk Politycznych w Paryżu, gdzie proporcje są mocno zaburzone. Można tam uczestniczyć tylko w pięciu kursach na temat społeczności lokalnych i w aż dwudziestu pięciu kursach „genderowych”. 

Kultura nietolerancji

Emerytowany profesor literatury i powieściopisarz Pierre Jourde porównuje ten ideologiczny trend do zamiaru zniszczenia biblioteki Aleksandryjskiej. Widać to już wyraźnie na amerykańskich uniwersytetach. Tam dochodzi do istnych absurdów, gdyż specjaliści od filologii klasycznej bardzo poważnie twierdzą, że dobrze by się stało, gdyby ich dyscyplina zniknęła, ponieważ teksty klasyczne były nie dość sprawiedliwe.

To nie tylko trend, to też w praktyce siłowe narzucanie zdania. Raport skrupulatnie wymienia „wtargnięcia aktywistów, odwoływanie konferencji i szkoleń, przymusowe zamieszczanie zgodnych z ideologią treści w publikacjach akademickich, przeniesienie konferencji, której prelegenci są uważani za »islamofobów« (w rzeczywistości specjalistów od terroryzmu itp.), naciski na strajk, naciski na zawieszenie nauczania, zakłócenia konferencji, utrudnienia w wykładach, wyzwania rekrutacyjne, kampanie oszczerstw czy skargi i groźby prawne pod adresem nauczyciela”. 

Nathalie Heinich socjolog, która popiera raport, apeluje: „Musimy stawić czoła obraźliwemu importowi do Francji sposobu postrzegania wolności słowa wzorowanego na kulturze amerykańskiej, która, z powodu braku przepisów regulujących tę wolność, pozostawia grupom nacisku decydowanie o tym, co można mówić publicznie, a co nie”. Mówi o tym zjawisku jako o kulturze cenzury stosowanej nie przez państwo, ale bezpośrednio przez obywateli. Doprowadza do odwoływania konferencji i seminariów, w rezultacie uniemożliwia też nauczanie.

Francja „potęgą kolonialną”

Artykuł opublikowany przez „L’Obs” 17 marca, podpisany przez dekolonialnych „intelektualistów z całego świata” przedstawił w ten sposób potępienie „islamolewicowości” na uniwersytecie. Stwierdził, że „część białej lewicy, a także feministek, które nie przeprowadzają żadnych antykolonialnych, antyislamofobicznych i antyrasistowskich analiz są również wspólnikami w niewidzialności kolonialnego ucisku i rasizmu, poprzez dostarczanie ideologicznych racjonalizacji rasizmowi strukturalnemu, również prowadzonemu przez państwo”. Autorzy ukazują więc Francję jako tę „pozostającą potęgą kolonialną” z powodu swoich terytoriów zamorskich i zbiorowości.

„Francja jest obrzydliwością dla tych ludzi”, „głosowaliśmy nad ustawą o chustach i ustawą o burce, które w ich umysłach mogą pochodzić tylko z rasistowskiego kraju” – pisze filozof Pascal Bruckner, w swojej wydanej w 1983 roku książce „Le Sanglot de l’homme blanc: Tiers-monde, culpabilité, haine de soi” (pol. „Szloch białego człowieka: Trzeci świat, wina, nienawiść do siebie”). Opisuje w niej, sentymentalny sposób patrzenia lewicy świata zachodniego na Trzeci Świat. Krytykuje to, jak wykorzystuje się obraz Trzeciego Świata do nienawiści do siebie i poczucia winy. „Amerykańska skrajna lewica żyje w oderwaniu od rzeczywistości – w świecie idei i luksusie kampusów zarezerwowanych dla elit. W większości nie znają świata i budują swoje teorie na ich jedynej rzeczywistości Ameryki Północnej” – twierdzi. 

Uczelnie bierne wobec ideologii

Z badań dotyczących manifestacji ideologicznych wynika, że francuskie uniwersytety nie stawiają oporu, wobec tego lewicowego ruchu, który chciałby skupić całe społeczeństwo na walce z rzeczywistym lub domniemanym uciskiem. „Wojująca myśl obywa się bez myślenia, wystarczy polegać na niepodważalnych pewnikach” – mówi Pierre Jourde. Uważa, że świat nauki podążający za taką ideologią jest tylko pozornie otwarty na debatę. Sympozja dotyczące dekolonializmu czy tożsamości seksualnej przypominają zgromadzenia północnokoreańskie, gdyż wszyscy są jednego zdania. Nieuczestniczący w tym ruchu są marginalizowani, a studenci obawiają się, że po ukończeniu studiów mogą nie dostać stosownej pracy. Bo „w dzisiejszych badaniach »Bliski Wschód i Morze Śródziemne« fakty nie mają już znaczenia, liczy się wizja świata, którego się broni” – ujawnia Gilles Kepel, dyrektor Katedry Bliskiego Wschodu Śródziemnomorskiego w École normale supérieure.

Nic nowego

Radykalny aktywizm nie jest nowym zjawiskiem na uczelniach wyższych. „Marksiści – strukturaliści już ukrywali swoją wojowniczość pod etykietką nauki” – wspomina politolog Pascal Perrineau. Nadanie pozoru naukowości jest korzystne, nawet jeśli nie oszuka to wielu ludzi. Perrineau zastanawia się, jak to jest możliwe, że w momencie, gdy dostęp do wiedzy jest łatwy, jak nigdy dotychczas, odnosi sukces ideologia próbująca podporządkować rzeczywistość tak uproszczonej wizji świata. Dla niego stało się tak, gdyż powstała próżnia po upadku wielkich ideologii. Zauważa, że „konstruowanie wroga nie przebiega już przez potępienie burżuazji i kapitału, ale przez miejsce heteroseksualnego białego człowieka w społeczeństwie. Oczekiwany sojusz nie jest już sojuszem klasy robotniczej z intelektualistami, ale wszystkich tak zwanych uciskanych mniejszości. Binarność jest niezbędna do zmobilizowania się wokół prostego pomysłu. O ile wartościowe były debaty z marksistami; tu musimy zmierzyć się z niezwykle słabą myślą bez wcielenia”. 

Bo się opłaca

Związki studenckie popadające obecnie w aktywizm intersekcjonalny, zajmują ważne miejsce w zarządzaniu uniwersytetami, mimo że reprezentują mniej niż 1 procent studentów. Nie wszyscy jednak nauczyciele i badacze reagują identycznie. „Istnieje cała gama stanowisk i stopni poparcia dla tego zjawiska” – wyjaśnia Pierre-Henri Tavoillot, wykładowca filozofii na Uniwersytecie Paris Sorbonne-Paris-IV. W mniejszości wciąż są ci najbardziej radykalni, chcący wszystko zdekonstruować i zdekolonizować. Większość jednak to ci, którzy uważają, że opłaca im się popieranie ruchu, jeśli chcą zaistnieć w środowisku akademickim. „Podążanie za modą to wciąż najlepszy sposób na istnienie i bycie zaproszonym na konferencje” – uważa Tavoillot.

Popieranie podejścia dekolonialnego i intersekcjonalnego to też sposób na łatwiejsze pozyskanie pieniędzy na badania. Unia Europejska promuje i finansuje tematy badawcze związane z ruchem dekolonialnym. Uniwersytet Grenoble-Alpes nie zawahał się sfinansować wątpliwych operacji, takich jak „miesiąc dekolonialny”.

Szkodzi wizerunkowi uczelni

Konferencja Rektorów Uniwersytetów (CPU) opublikowała w lutym komunikat prasowy wyjaśniający, że „islamolewicowość” nie jest pojęciem. Napisano, że jest to pseudopojęcie, które należałoby pozostawić, jeśli nie animatorom CNews, to szerzej, skrajnej prawicy, która je spopularyzowała. 

„Żyjemy w świecie, w którym uniwersytet często ma zdegradowany wizerunek, podczas gdy jego historia nie jest taka zła, nie powinniśmy winić tych, którzy chcą bronić instytucji” – twierdzi Bruno Sire, były rektor Uniwersytetu Toulouse 1 Capitole, Chociaż istnienie radykalnej mniejszości w naukach społecznych nie jest dla niego niczym nadzwyczajnym, uważa jednak, że nie jest dla uczelni korzystne, sprawiając, że robi wrażenie instytucji w dużej mierze dysfunkcyjnej. „Aby uniwersytet nadal odgrywał rolę windy społecznej, nie może zostać przejęty przez kilku aktywistów dla dobra ich programu politycznego. Państwo musi pozostać gwarantem służby publicznej działającej zgodnie z wartościami Republiki” – zauważa Sire. 

Raport ujawnił problem. Nie da się już go zamieść pod dywan. Czas na debatę. „Fundamentalne i pilne jest przedstawienie kontrdyskursu, który jest zarówno rygorystycznie akademicki, jak i zrozumiały dla ogółu społeczeństwa, oraz uczynienie tego w ramach oficjalnego kolektywu akademickiego jednoczącego i chroniącego uczestników świata uniwersyteckiego, którzy przeciwstawiają się tym ideologiom nie tylko antyrepublikańskim, ale także generującym urazę między grupami etnicznymi i matrycami dyslokacji narodu” – podsumowują autorzy raportu.

Słowniczek

CNRS – Centre National de la Recherche Scientifique – francuska państwowa instytucja naukowa, skupiająca się na rozwoju dziedzin nauki w tym technicznych, będąca pod kuratelą francuskiego ministra do spraw nauki. CNRS jest największą i najbardziej prestiżową organizacją tego typu we Francji.

Grandes écoles – kategoria francuskich uczelni, publicznych i prywatnych, które funkcjonują w sposób nieco odrębny od uniwersytetów. Niektóre są bardziej sprofesjonalizowane od uniwersytetów, inne organizują studia w szerokim trybie interdyscyplinarnym.

Więcej artykułów