fbpx

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

24.8 C
Warszawa
poniedziałek, 22 lipca, 2024

"Każdy rząd pozbawiony krytyki jest skazany na popełnianie błędów"

USA na rozdrożu. Jak postąpić w sprawie Tajwanu?

Dwutygodnik „The American Conservative” rozważa strategię odstraszania zarówno w kontekście wojny w Ukrainie, jak i ewentualnej agresji Chin na Tajwan. Zdaniem gazety w obecnym konflikcie ta taktyka zawiodła. Czy w takim razie, gdy Pekin zdecyduje się dokonać inwazji na wyspę, USA powinny użyć swojej militarnej siły z większą stanowczością?

Warto przeczytać

Rosyjskie kalkulacje okazały się słuszne. Atak na sąsiada nie spotkał się ze zdecydowaną reakcją Stanów Zjednoczonych, przynajmniej w kategoriach ostatecznych. Czy tak samo będą przewidywać Chiny odnośnie do Tajwanu, licząc na to, że USA nie zareaguje nawet na małą skalę?

Dynamika wydaje się podobna. Duży kraj próbuje zdominować mniejszy, uporządkować granice i rozwiązać problemy strategiczne, społeczne, kulturowe i historyczne. Jednak w rzeczywistości obydwie sytuacje są bardzo różne. Czy znalazłby tu zastosowanie odpowiednik artykułu 5. NATO, czy raczej dwuznaczność ustawy o stosunkach USA z Tajwanem z 1979 r.?

Zasada kolektywnej obrony jest kluczowa dla NATO. Historycznie wynika z niesnasek pomiędzy Londynem i Paryżem na początku II wojny światowej. Ich skłócenie pozwoliło nazistom uzyskać ogromną przewagę.

Artykuł 5. Traktatu NATO mówi: „Atak zbrojny na jednego lub więcej z sygnatariuszy będzie uważany za atak na nich wszystkich. W związku z tym zgadzają się oni, że jeśli taki atak zbrojny nastąpi, każdy z nich udzieli pomocy Stronie lub Stronom w ten sposób zaatakowanym”. Traktat ma charakter inkluzyjny i wykluczający. Dotyczy wszystkich członków NATO, niezależnie od siły i wielkości, jednak tylko i wyłącznie członków. Inwazja na Polskę go uruchomi, na Ukrainę czy Tajwan już nie.

Tajpej może liczyć natomiast na Taiwan Relations Act (TRA) z 1979 r., który stworzono po groźbach Mao o „wyzwoleniu” wyspy oraz żądaniach Czang Kaj-szeka wsparcia przez USA pomysłu odzyskania Kontynentu. W trakcie wojny koreańskiej Waszyngton chciał uniknąć konfliktu lądowego na większą skalę, jednak amerykańska polityka zimnowojenna dążyła do zagwarantowania Tajwanowi przetrwania.

Stosunki dyplomatyczne między USA a Tajwanem zostały nawiązane w 1954 r. Podpisano wówczas traktat o wzajemnej obronie. Zmieniło się to w 1979 r., kiedy Stany Zjednoczone nawiązały relacje dyplomatyczne z kontynentalnymi Chinami. Kongres uchwalił wtedy Taiwan Relations Act. TRA obliguje Waszyngton do możliwości sprzedaży broni na wyspę oraz utrzymywania zdolności Ameryki do „powstrzymywania wszelkich przypadków użycia siły lub innych form przymusu” względem Tajpej. TRA jasno to określa: „Pokój i stabilność w tym regionie są przedmiotem troski międzynarodowej… Wysiłki zmierzające do określenia przyszłości Tajwanu w sposób inny niż pokojowy, w tym poprzez bojkot lub embargo, będą uważane za zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa w rejonie Zachodniego Pacyfiku i wzbudzą poważne obawy Stanów Zjednoczonych”.

Przeczytaj także:

Ta strategiczna dwuznaczność oznacza, że USA nie muszą, ale mogą bronić Tajwanu. I że prawdopodobnie tak uczynią, choć okoliczności i sposoby obrony pozostają niedopowiedziane. Chińską odpowiedzią jest polityka „strategicznej cierpliwości”, co jednak nie oznacza, że będzie ona trwać wiecznie.

TRA przez lata powstrzymywało Pekin przed inwazją na wyspę. Nie doszło do tego nawet w trakcie wojny koreańskiej i wietnamskiej. W tym czasie na Tajwanie zapanowała demokracja. Chińska armia również się zmieniła. Od chłopów z karabinami do sił wyposażonych w broń jądrową i silną marynarkę wojenną. Państwo Środka stało się w tym czasie jedną z najpotężniejszych gospodarek świata. A jednak inwazja nie nastąpiła.

Polityka USA uniemożliwiła także tajwańską agresję na Chiny. Choć w 2022 r. taki pomysł wydaje się niedorzeczny, to był rozważany (z pomocą armii amerykańskiej) przez Czang Kaj-szeka. Obecna polityka strategicznej niejednoznaczności również utrzymuje współczesny Tajwan w ryzach.

Jak na ironię odstraszanie zadziałało na Ukrainie, przynajmniej z punktu widzenia Putina. Zanim doszło do inwazji, prezydent Biden deklarował, że NATO nie będzie interweniować, a Stany Zjednoczone nie włączą się jednostronnie do walki. Dla Putina to było zielone światło, a armii amerykańskiej uniemożliwiło działanie.

Obecna wojna sprawiła, że niektórzy chcą podobnej do artykułu 5. deklaracji dla Azji, obejmującej oprócz Tajwanu i USA, także Japonię, Koreę, Australię, Filipiny, a może też i inne kraje. Stany Zjednoczone zawarły już różnego rodzaju traktaty o samoobronie z państwami azjatyckimi. Kandydatem na azjatycki art. 5. jest Quadrilateral Security Dialogue (QSD), potocznie zwany Czwórką. To półformalny, strategiczny dialog o bezpieczeństwie między Australią, Indiami, Japonią i USA. Te nowe czterostronne relacje potwierdza niedawna sprzedaż amerykańskich okrętów podwodnych Australii. Czy takie posunięcie ma jednak sens, biorąc pod uwagę trwający przez dekady sukces obecnej strategii? Obrońcy nowego rozwiązania twierdzą, że skoro chińska retoryka przybrała na sile, a Pekin wzmacnia swoją flotę, to Zachód musi zareagować bardziej stanowczo. Niektórzy członkowie Kongresu celują w bardziej formalne porozumienie. Council on Foreign Relations chce strategicznej jednoznaczności z pokazem siły. Takie podejście samo napędza kryzys. Demonizuje się problem, wciąż mówi się o nieuchronności starcia, a reakcja polityczna z zapobiegania wojnie przechodzi do jej przygotowywania.

Po Ukrainie Joe Biden znajdzie się pod presją, żeby działać. Czy ktoś szepnie mu, że wystarczy już strategicznej dwuznaczności? Artykuł 5. celowo wiąże ręce swoim sygnatariuszom. Natomiast ustawa o stosunkach z Tajwanem pozostawia wszystkie opcje otwarte, aby możliwe było dostosowanie się do złożonych realiów regionu. Jednak agresywniejsza postawa nie rozwiąże podstawowych problemów w Cieśninie Tajwańskiej, a jedynie może je zaostrzyć.

Strategiczna dwuznaczność i użyteczny zastój mają dwa zgodne ze sobą cele: utrzymanie pokoju i umożliwienie produktywnej, czterostronnej relacji gospodarczej między Chinami, Tajwanem, USA i resztą Azji Południowo-Wschodniej.

Prawdziwą wartość strategicznej niejednoznaczności można dostrzec, przyglądając się niebezpiecznym formom odstraszania przewidzianym dla Azji. Jedna strona może uznać za odstraszanie to, co druga uważa za prowokację. Istnieje tu także ryzyko błędnej interpretacji działań oraz nieprzewidzianych wypadków.

Wielu analityków twierdzi, że odstraszanie wojskowe nie jest potrzebne. Chińczycy po obu stronach cieśniny dobrze rozumieją, że więcej można zyskać na wzajemnych relacjach gospodarczych w warunkach politycznej dwuznaczności, niż ewentualnej inwazji, która co najwyżej uporządkowałaby status tych dwóch państw powstały po 1949 r.

Chiny posiadają cztery zamorskie bazy wojskowe. To niewielka operacyjno-logistyczna w Dżibuti, punkt nasłuchowy na wyspie Great Coco (w pobliżu Myanmaru), placówka marynarki wojennej w pakistańskim Gwadarze oraz posterunek wojskowy w Gorno-Badachszanie w Tadżykistanie.

Dla porównania Stany Zjednoczone posiadają obecnie 750 baz na całym świecie (odrobinę mniej po wycofaniu się z Afganistanu). Należą do nich m.in. formalne placówki w ośmiu azjatyckich krajach. 53 tys. amerykańskich żołnierzy stacjonuje w Japonii, a 24 tys. w Korei Południowej. Do 1979 r. USA utrzymywały też wojska na Tajwanie, ostatnio zaś wysyłają tam siły specjalne na misje szkoleniowe. Wiele z tych baz przetrwało okres zimnej wojny, mimo że sowiecki wróg, przeciwko któremu zostały stworzone, już nie istnieje.

Wyolbrzymia się też chińskie wtargnięcia w przestrzeń powietrzną Tajwanu. Samoloty nie przelatują nad wyspą, a jedynie w obrębie samozwańczej Strefy Identyfikacji Obrony Powietrznej Tajwanu. Strefa jest wystarczająco duża, by objąć tysiące mil chińskiego lądu. Lotnictwo ChAL-W narusza ją, nawet gdy jednostki stoją na własnych pasach startowych.

Pekińska Strefa Obrony Powietrznej pokrywa się zarówno ze strefą Tajwanu, jak i Japonii oraz Korei. Na nich wszystkich swoje ćwiczenia prowadzą siły powietrzne USA, co w Pekinie również określane jest jako „wtargnięcia”.

W poprzednich okresach niektóre bazy amerykańskie przechowywały broń jądrową, co może mieć miejsce także i dzisiaj. W takie uzbrojenie są też najpewniej zaopatrzone amerykańskie okręty wojenne. Te klasy Ohio i niedługo Virginia stacjonują u wybrzeży Chin i mają na stanie po 20 pocisków balistycznych Trident. Czy w takim wypadku nadal mówimy o odstraszaniu, czy raczej o prowokacji? Zaufanie między obydwoma krajami jest istotne, ale ważniejsze jest zrozumienie celów i zamiarów drugiej strony. To pozwala przewidywać jej działania, a nie opierać się jedynie na nadziei, że rywale zrobią to, co obiecali.

Czego więc chcą Chiny i Tajwan? Warto tu zastanowić się nad wzajemną historią. Poza kilkoma starciami w latach 50. nikt nie najechał ani nie zaatakował nikogo po drugiej stronie cieśniny. Do starć militarnych między ChRL a USA doszło jedynie podczas wojen koreańskiej oraz wietnamskiej, i to nieoficjalnie. Oba te wydarzenia upamiętniono w Muzeum Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej w Pekinie, jako przykłady obrony granic kraju. Znajduje się tam także amerykański samolot szpiegowski U-2 zestrzelony nad południowymi Chinami. Muzeum przypomina również o zbombardowaniu przez lotnictwo USA ambasady chińskiej w Belgradzie w 1999 r., podczas którego zginęły trzy osoby, a budynek został zniszczony. Czy to dowód na to, że wybaczono wiele, byle tylko uniknąć wojny?

Warto zauważyć, że także w przypadku Makao i Hongkongu nie doszło do inwazji. A przecież Pekin posiadał wystarczające środki militarne, by tego dokonać. Czy w takim razie jakieś nieuczciwe oświadczenie w ustawodawstwie Tajwanu lub pięciostronny spór o skały na Morzu Południowochińskim może to zmienić? Skoro przez tyle lat do tego nie doszło, czemu miałoby się to wydarzyć teraz?

Autor artykułu Peter van Buren wspomina, jak w latach 80. pracował na Tajwanie jako amerykański dyplomata. Zakończyły się dziesięciolecia autorytarnych rządów, powoli kiełkowała demokracja. Wolność słowa sprawiła, że wielu ludzi i polityków zaczęło głośno i często nierozważnie wypowiadać się na temat niepodległości. Jedna z powstających partii politycznych nazywała się nawet Tajwańską Partią Niepodległości. W Waszyngtonie wzbudziło to obawy o reakcję Pekinu, który jasno dał do zrozumienia, że deklaracja niepodległości to czerwona linia.

Równocześnie Chiny szybko zareagowały na demokratyzację wyspy. W tajwańskich sklepach zaczęły się pojawiać towary z kontynentu. Kres dyktatury otworzył rynek, choć jeszcze przed odwilżą udawało się latać pomiędzy obydwoma państwami. Lądowanie musiało się jednak odbywać w brytyjskim Hongkongu. Dopiero w 2008 r. uruchomiono loty bezpośrednie, które są obecnie obsługiwane przez sześć chińskich i pięć tajwańskich linii lotniczych. Wydaje się, że trwa pokojowy postęp w relacjach.

Sankcje zagrażają Chinom w sposób, w który nie zagrażają Rosji, która jest znacznie słabiej zintegrowana z gospodarką światową. Z drugiej strony, w latach 1991-2020 wartość inwestycji Tajwanu w Chinach wyniosła 188,5 mld dolarów. W samym 2019 r. wartość handlu w cieśninie osiągnęła pułap 149,2 mld dolarów. Z kolei łączna kwota chińskich inwestycji w amerykańską gospodarkę to ponad 145 mld dolarów. W przypadku inwestycji amerykańskich w Chinach jest to ponad bilion dolarów.

Dopiero pandemia obnażyła, w jak dużym stopniu dwie największe gospodarki świata są od siebie wzajemnie uzależnione. Chiny są drugim co do wielkości zagranicznym posiadaczem amerykańskiego długu publicznego. Dlatego ryzyko utraty miliardów dolarów związanych z sankcjami byłoby wielokrotnie większe niż zyski z podboju wyspy. Stany Zjednoczone stałyby się miejscem zamkniętym dla chińskich statków i inwestycji.

Retoryka prezydenta Xi dotycząca zjednoczenia jest w zasadzie identyczna jak w przypadku Mao. Lecz w chińskiej propagandzie należy zwracać uwagę na szczegóły. Choć Xi stale powtarza, że celem jest zjednoczenie, to równocześnie podkreśla, że ten historyczny proces powinien być pokojowy. Najczęściej proklamacje zjednoczeniowe i zdecydowane oświadczenia mają miejsce przy okazji ważnych świąt politycznych. Tak jak w przypadku przemówienia podczas 110. rocznicy rewolucji Xinhai, która obaliła dynastię mandżurską. To ważna data, ponieważ ruch zapoczątkowany wówczas przez Sun-Jat-sena uważa się za wspólny punkt wyjścia dla współczesnych Chin zarówno na kontynencie, jak i wyspie. To nić porozumienia łącząca obydwa państwa.

W duchu Sun Xi powtórzył przyrzeczenie pokojowego zjednoczenia z Tajwanem. Wezwał naród chiński, aby „stanął po właściwej stronie historii i połączył ręce w celu osiągnięcia całkowitego zjednoczenia Chin”. Przywołał moment, kiedy komuniści i nacjonaliści współdziałali przeciwko wspólnym wrogom. Xi nakreślił obopólną wizję, daleką od agresji wojskowej, której obawia się Zachód.

Jak powiedział niedawno jeden z ważnych chińskich dyplomatów: „Tajwan jest wędrowcem, który w końcu wróci do domu, a nie pionkiem w szachach, którym można grać”. Nawet komunistyczne władze przesiąknięte są filozoficzną wiarą w cykle historyczne. Chińczyków cechuje także cierpliwość. Przez prawie 300 lat znosili obcą dynastię Qing, przez ponad 150 lat oczekiwali na powrót Hongkongu do macierzy. W obecnej dyplomacji ChRL również nie ma miejsca na gwałtowność.

Inwazja na Tajwan pozostawiłaby Chiny w izolacji politycznej. Zniszczyłaby je też gospodarczo i pod względem reputacji. Dodatkowo niepowodzenie ataku mogłoby sprawić, że Tajpej ogłosiłoby niepodległość, czego Pekin nie byłby już w stanie powstrzymać. Nie istnieje racjonalny powód prowadzenia działań wojennych, a tym samym silniejszej aktywizacji odstraszania wojskowego. Prawdziwą obawę budzi fakt, że neokonserwatyści w Stanach Zjednoczonych już zdecydowali, że do kontroli nad Pacyfikiem potrzebne jest starcie supermocarstw. A przynajmniej nowy, zyskowny wyścig zbrojeń.

W przeciwieństwie do rzekomej broni masowego rażenia w Iraku, nie da się wymyślić pretekstu w postaci chińskiej inwazji na Tajwan. Zwolennicy działań zbrojnych w USA są więc skłonni przygotowywać się do wojny pod płaszczykiem odstraszania. Z tego względu obecna polityka Chin jest niepotrzebnie wroga, niepraktyczna i niebezpieczna.

Więcej artykułów